Przejdź do głównej zawartości

Wszystko co dobre....

Powoli zataczaliśmy koło a nasza podróż dobiegała końca. Deszcz postanowił nam towarzyszyć do ostatniego dnia. Przed ostatecznym pożegnaniem z naszą srebną strzałą i pełnym zamknięciem islandzkiej pętli zatrzymaliśmy się jeszcze w kilku miejscach.
Krýsuvík - Seltún, geotermalny teren podobny do Hverir ale znacznie mniejszy, gdzie energia wulkaniczna utworzyła gorące strumienie, buchające parą gejzery i pomalowała ziemię na przeróżne kolory. Do 1000 metrów pod ziemią, temperatura sięga nawet 200°C, na samej powierzchni bajora błotne osiągają temperaturę około 80 - 100°C dlatego też, dla własnego bezpieczeństwa, należy chodzić po wyznaczonych kładkach.





W pobliżu znajduje się jezioro Grænavatn, powstałe w kraterze po dawnej eksplozji wulkanicznej, wypełnione zielono-seledynową wodą. Kolor wody jest wynikiem występujących w niej minerałów i lubiących ciepło alg.



Przez Grindavík przejechalibyśmy bez zatrzymywania, gdyby nie wzmianka w Lonely Planet o Bryggjan Kaffihús. Schowana za wielkimi magazynami, kawiarenka w samym porcie, kryje w sobie typowo morski klimat. Swoim gościom oferuje przekąski na słono i słodko. Zupa z homara, kanapki albo ciasto z jabłkami lub czekoladowe - czego dusza zapragnie.





Następny przystanek to kolejny bardzo aktywny obszar geotermalnych basenów błotnych Gunnuhver, którego nazwa pochodzi od złego ducha niejakiej Guðrún, uwięzionego w gorących źródłach przez księdza 400 lat temu. Wyjątkową cechą tego miejsca jest to, że wody podziemne są w 100% wodą morską , w przeciwieństwie do innych obszarów geotermalnych na wyspie, a ziemia bogata w kolorowe minerały przybiera tam niesamowicie żywe barwy. Z oparów wydobywających się spod powierzchni można wypatrzeć fundamenty domu, który został zbudowany przez rodzinę Höyer. On był ogrodnikiem z Danii, ona z Łotwy, razem postanowili uprawiać kwiaty za pomocą ciepła geotermalnego oraz wyrabiać doniczki z gliny. Przed wybuchem II Wojny Światowej pozostawili swoje domostwo w Islandii i wrócili do Kopenhagi.







Valahnúkur to jedne z najbardziej odizolowanych klifów do których wiedzie szutrowa droga, przecinająca XIII-wieczne pola lawy. Tutaj znajduje się najstarsza latarnia morska  w Islandii z 1878 roku, pomnik alki olbrzymiej - wymarłego już gatunku nielotnego ptaka wodnego, jak również 77-metrowa wyspa-skała, Eldey będąca domem dla największej na świecie kolonii głuptaków.




Po tych doznaniach przyrodniczych postanowiliśmy wstąpić do Ameryki :) Tak, tak i to jeszcze bez wizy! A dokładnie rzecz ujmując zatrzymaliśmy się przy mostku łączącym płytę tektoniczną Euroazji z Amerykańską. Obie płyty przemieszczają się w przeciwnych kierunkach, około 2 cm na rok, lub 2 metry na przełomie 100 lat. Podobno trzęsienia ziemi i różne erupcje w tej okolicy to rzecz całkiem powszechna, aczkolwiek nam nie udało się doświadczyć żadnych z tych zjawisk. 




Po drodze do Keflavíku skusiły nas jeszcze klify Hafnaberg, które okazały się być całkowitą stratą czasu. Aby dojść do samej krawędzi musieliśmy przemierzyć rozległe pola lawy, co zajęło nam około 40 minut w jedną stronę. Na miejscu (?), no cóż... nie udało nam się wypatrzeć żadnych nowych gatunków islandzkiego ptactwa ani też zachwycić rozpościerającym przed nami krajobrazem. Ot klify jak wiele innych, naszym zdaniem znacznie mniej spektakularne niż Látrabjarg.




Tej nocy postanowiliśmy zatrzymać się w hoteliku Alex, położonym blisko lotniska i zostać w nim do końca naszego pobytu w Islandii. Nasze rzeczy były wystarczająco wilgotne by nie wystawiać ich przez kolejne 2 noce na rzęsisty deszcz.



Następnego dnia przyszedł czas na oddanie naszego srebnego wehikułu do wypożyczalni, które przebiegło bardzo sprawnie i bezproblemowo. Na szczęście pył wylkaniczny nas nie zaatakował, więc auto nie uległo żadnym zniszczeniom, na które byśmy byli nieprzygotowani. Po powrocie do Keflavíku oddaliśmy się prawdziwej uczcie w Kaffi Duus, restauracji słynącej z owoców morza. Zupa z homara, szaszłyki z żabnicy, rybne trio: dorsz, pstrąg i żabnica, a na deser islandzki skyr. To była rozpusta bez dwóch zdań, która w moim przypadku skończyła się nieprzespaną nocą i różnymi "zwrotami" akcji. Nie sugerujcie się jednak moim obżarstwem i jeżeli będziecie kiedyś w pobliżu koniecznie tam zajrzyjcie, tylko zamówcie mniej bo porcje są naprawdę zacne ;)



Nazajutrz po ciężkiej nocy zapakowaliśmy się do samolotu linii WOW relacji Keflavík - Londyn i pożegnaliśmy Islandię na najbliższy czas. Było pięknie, emocjonująco i niezwykle odkrywczo. Z pewnością chcemy wrócić, nadrobić to czego nie udało się zrobić, zobaczyć i przeżyć. Być może o innej porze roku?
Wam natomiast polecamy tę wulkaniczną wyspę z całego serca i wiemy, że jeżeli wybierzecie się tam na urlop, nie będziecie żałować :)




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

08/09 Pierwsze spotkanie z Afryką... na wyciągnięcie ręki

Plaża w Conil de la Frontera to jedna z piękniejszych piaszczystych plaż w Andaluzji. Szeroka, rozległa, czysta, nieprzeludniona... Postanowiliśmy na niej odpocząć i zażyć upragnionej kąpieli słonecznej w drodze do Algeciras. Woda była nieco chłodniejsza niz w Kadyksie, lecz wspaniałe fale wszystko zrekompensowały (zabawa była przednia). Samo miasteczko wydaje się być ładne (pueblo blanco), niestety nie mieliśmy czasu na zwiedzanie gdyż po drodze planowaliśmy odwiedzić jeszcze Tarifę.

Ach... leniem być!

Nasza wyprawa do Chin nie była w założeniu wyprawą ekstremalną, nie planowaliśmy przez całe 4 tygodnie przemierzać rozmaite trasy wysokogórskie ani też spędzić tego czasu wyłącznie w wielkich aglomeracjach miejskich. Mówcie co chcecie, ale przemieszczanie się z jednego miasta do drugiego co parę dni bywa męczące, a nadmiar wrażeń trochę przytłaczający. Na ten wyjazd czekaliśmy praktycznie cały rok i od samego początku wiedzieliśmy, że bedziemy chcieli spędzić jeden tydzień na robieniu NIC. Wybór padł na wyspę Hainan położoną na Morzu Południowochińskim, zwaną przez niektórych chińskimi Hawajami. Tropikalny klimat, temperatury między 25 a 30 stopni Celsjusza, woda, plaża - tego właśnie było nam trzeba.  Aby dostać się do Sanya (miasta na południu wyspy) z Zhangjiajie najpierw czekała nas 13-sto godzinna podróż pociągiem (na szczęście w nocy) a potem 1,5 godzinny lot. Oczywiście po opuszczeniu lotniska trzeba uważać na naciągaczy, którzy bardzo chętnie nas zawiozą do centrum za cenę 2x w…

Pierwsze koty za płoty

Słoneczny stan USA, słynący z parków rozrywki, pięknych plaż i aligatorów. Dom Myszki Miki, manatów i kubańskich imigrantów. Miejsce gdzie w 1946 roku wymyślono mrożony, skoncentrowany sok pomarańczowy. Jeden z najbardziej siwych stanów w całej Ameryce, gdzie 19.1% populacji to osoby w wieku 65 lat i starsze. Floryda, to tutaj zaczęliśmy naszą wymarzoną podróż po Stanach Zjednoczonych. Dlaczego akurat tutaj? Powód był bardzo prozaiczny. Nasz strat był mocno zdeterminowany przez zakup kampera, a po lekturze przeróżnych blogów podróżniczych i for internetowych, rozpatrując wszystkie za i przeciw, okazało się, że na Florydzie powinno pójść nam całkiem gładko ze wszelkimi formalnościami rejestracyjnymi i ubezpieczeniowymi (o tym jak nam poszło pisałam już w dwóch poprzednich postach TUTAJ i TUTAJ).