Przejdź do głównej zawartości

Jak bogaty Europejczyk w Afryce

Jeżeli macie "trochę" wolnej gotówki, którą chcielibyście zainwestować, bądź marzycie o tym by rzucić wszystko w cholerę, sprzedać co macie i przenieść się do zupełnie odmiennego kulturowo i klimatycznie kraju, to czemu by nie kupić riadu w Maroku i tam zamieszkać? Przy okazji wynajmować pokoje turystom i zarabiać na tym spore pieniądze? W sieci aż roi się od stron z ofertami zakupu nieruchomości do remontu, w Marrakeszu, Essaouirii czy Fezie. Na taki szalony pomysł wpadła Cathy, nasza gospodyni z Airbnb. Prowadziła we Francji swój własny biznes, w którym osiągała większe bądź mniejsze sukcesy. Pewnego dnia postanowiła zmienić swoje życie o 180 stopni, zostawić wszystko we Francji, łącznie z 20-sto letnim synem i wyjechać do Maroka. I tak, pomimo sprzeciwu rodziny i przyjaciół, spakowała walizkę, aby pewnego dnia stanąć w samym środku zatłoczonego Jemaa El Fna, bez żadnego konkretnego planu na przyszłość. Marokańska przygoda Cathy stanęła na zakupie 3-piętrowego riadu w Medinie, w którym zamieszkała razem z mężem zajmując parter, a resztę pokoi wynajmując turystom. Dziś Cathy "pracuje" 6 miesięcy w roku, drugie 6 spędza na podróżach i czerpaniu z życia garściami. Lubi dobre francuskie wino, papierosy i dobre towarzystwo. Na brak chętnych do zatrzymania się w jej riadzie narzekać nie może, a tak prawdę mówiąc pozwala sobie nawet na selekcję gości i przyjmuje tylko te osoby, którym "dobrze z oczu patrzy". Nie wie jeszcze czy Marrakesz to jej miejsce na ziemii, czy też pewnego dnia znów spakuje walizkę i wyruszy w nieznane, być może do Ameryki Południowej...

Cathy poznaliśmy we wrześniu zeszłego roku, kiedy do Maroka przywiały nas tanie bilety Ryanair i nasza 5 rocznica ślubu. Niestety wolnej gotówki na inwestycje w nieruchomości nie posiadaliśmy więc nasz 4-dniowy weekend spędziliśmy głównie na próbie oswojenia Północnej Afryki. Każdego świtu budziły nas nawoływania muezinów do pierwszej modlitwy, tuż za nimi dochodzące z ruchliwej ulicy klaksony samochodów, a na koniec śpiewające ptaki z piejącym kogutem na czele. Ale przecież nie wybraliśmy się do Marrakeszu po to by spać, lecz po to by zwiedzać, smakować i doświadczać.
Nasze pierwsze kroki skierowaliśmy, jak Cathy na Jemaa El Fna - główny plac starego miasta, Mediny. Niegdyś miejsce publicznych egzekucji, dziś jedna z głównych atrakcji Marrakeszu. Chaos, to chyba dobre słowo na określenie tego co zobaczyliśmy na miejscu. Zaklinacze węży, treserzy małp, kobiety oferujące hennę, sprzedawcy wody i cała masa stoisk z suszonymi owocami, orzechami, przyprawami i pomarańczami, z których wyciskany jest przepyszny, świeży sok...

 




Z placu jest tylko parę kroków do meczetu Koutoubia - jednego z najstarszych budynków w Marrakeszu. Budowla datowana na XII wiek była inspiracją dla zaprojektowania Giraldy w Sewilli. Z racji tego, że tylko muzułmanie mają prawo wejść do meczetu, nam pozostało podziwianie go z zewnątrz. Wieża została zaprojektowana w tradycyjnym stylu Almohadów, jest ozdobiona łukowatymi oknami, wykonana z czerwonego kamienia i zwieńczona czterema kulami z miedzi. Po południowej stronie meczetu znajduje się ogród, zielona oaza z palmami, drzewami liściastymi, żywopłotami i kolorowymi różami. Dobre miejsce na chwilę oddechu od tętniącego centrum miasta.


Do pałacu El Badi doszliśmy labiryntami suków, krętymi uliczkami zapełnionymi sklepami i handlarzami wszelkiej maści, zachęcającymi do zakupów. W asortymencie królują głównie wyroby ze skóry, ceramika, biżuteria, dywany i inne rękodzieło. W tym całym zgiełku zakupowego szaleństwa bardzo łatwo  jest stracić orientację, na co po trosze liczą pomocni lokalsi, którzy bardzo chętnie zaprowadzą nas w dowolne miejsce, w zamian oczekując zapłaty. Dobrze jest mieć się na baczności i nie tracić głowy.
Wracając jednak do pałacu El Badi, choć budowany przez 25 lat przez cały zastęp ekip budowlanych, niegdyś inkrustowany złotymi sufitami i wymyślnymi mozaikami, dziś lata świetności ma już za sobą. Pozostały tylko ruiny i fragmenty kolorowych kafelków, wymuszające na zwiedzających użycia sporych pokładów wyobraźni. Pałac przeznaczony był do goszczenia znamienitych gości i przedstawicieli zagranicznych ambasad podczas świąt i innych uroczystości państwowych. Fakt ten zupełnie nie przeszkadza bocianom, które upodobały sobie mury pałacu na miejsce swoich gniazd. Przyznam, że tylu boćków na raz w życiu nie widziałam. Zastygają nieruchomo w upale, sprawiając wrażenie nieżywych do czasu , kiedy zapragną zmienić pozycję, by znów zastygnąc w bezruchu na bliżej nieokreślony czas.





Gdy przyszedł czas na obiad, za radą naszej gospodyni udaliśmy się do Oscar Progrés na Jemaa el Fna. Niewiele myśląc oboje zdecydowaliśmy się na słynny marokański tadżin, wegetariański i z jagnięciną. Do tego nie mogło zabraknąć zielonej herbaty z miętą i masą cukru - słodka przeokropnie ale odświeżająca jednocześnie.



Przed powrotem do riadu zdecydowaliśmy się jeszcze na odwiedzenie największej szkołu teologicznej w Maghrebie - Medersa Ben Youssef i Muzeum Marakeszu.







Wieczorem na tarasie naszego riadu poznaliśmy Barbarę - francuzkę, polskiego pochodzenia, od 30 lat mieszkającą we włoskiej Bolonii. Matkę 15-latki, która zdecydowała się samodzielnie wyruszyć w podróż po Maroku, by być może kiedyś do niego wrócić, tym razem z córką. Wieczór upłynął nam na rozmowie o rodzinie, emigracji, pracy i podróżach. Muszę przyznać, że te spotkania w drodze mają w sobie coś naprawdę magicznego... zgadzacie się?


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

08/09 Pierwsze spotkanie z Afryką... na wyciągnięcie ręki

Plaża w Conil de la Frontera to jedna z piękniejszych piaszczystych plaż w Andaluzji. Szeroka, rozległa, czysta, nieprzeludniona... Postanowiliśmy na niej odpocząć i zażyć upragnionej kąpieli słonecznej w drodze do Algeciras. Woda była nieco chłodniejsza niz w Kadyksie, lecz wspaniałe fale wszystko zrekompensowały (zabawa była przednia). Samo miasteczko wydaje się być ładne (pueblo blanco), niestety nie mieliśmy czasu na zwiedzanie gdyż po drodze planowaliśmy odwiedzić jeszcze Tarifę.

Ach... leniem być!

Nasza wyprawa do Chin nie była w założeniu wyprawą ekstremalną, nie planowaliśmy przez całe 4 tygodnie przemierzać rozmaite trasy wysokogórskie ani też spędzić tego czasu wyłącznie w wielkich aglomeracjach miejskich. Mówcie co chcecie, ale przemieszczanie się z jednego miasta do drugiego co parę dni bywa męczące, a nadmiar wrażeń trochę przytłaczający. Na ten wyjazd czekaliśmy praktycznie cały rok i od samego początku wiedzieliśmy, że bedziemy chcieli spędzić jeden tydzień na robieniu NIC. Wybór padł na wyspę Hainan położoną na Morzu Południowochińskim, zwaną przez niektórych chińskimi Hawajami. Tropikalny klimat, temperatury między 25 a 30 stopni Celsjusza, woda, plaża - tego właśnie było nam trzeba.  Aby dostać się do Sanya (miasta na południu wyspy) z Zhangjiajie najpierw czekała nas 13-sto godzinna podróż pociągiem (na szczęście w nocy) a potem 1,5 godzinny lot. Oczywiście po opuszczeniu lotniska trzeba uważać na naciągaczy, którzy bardzo chętnie nas zawiozą do centrum za cenę 2x w…

Pierwsze koty za płoty

Słoneczny stan USA, słynący z parków rozrywki, pięknych plaż i aligatorów. Dom Myszki Miki, manatów i kubańskich imigrantów. Miejsce gdzie w 1946 roku wymyślono mrożony, skoncentrowany sok pomarańczowy. Jeden z najbardziej siwych stanów w całej Ameryce, gdzie 19.1% populacji to osoby w wieku 65 lat i starsze. Floryda, to tutaj zaczęliśmy naszą wymarzoną podróż po Stanach Zjednoczonych. Dlaczego akurat tutaj? Powód był bardzo prozaiczny. Nasz strat był mocno zdeterminowany przez zakup kampera, a po lekturze przeróżnych blogów podróżniczych i for internetowych, rozpatrując wszystkie za i przeciw, okazało się, że na Florydzie powinno pójść nam całkiem gładko ze wszelkimi formalnościami rejestracyjnymi i ubezpieczeniowymi (o tym jak nam poszło pisałam już w dwóch poprzednich postach TUTAJ i TUTAJ).