Przejdź do głównej zawartości

Hollywood w Maroku

Postanowiliśmy wybrać się na 1-dniową wycieczkę w góry Atlas i na marokańską pustynię. Spontanicznie zdecydowaliśmy się na operatora, a za całą imprezę zapłaciliśmy 500 dirham (ok. €50). Start spod stacji Bab Doukkala o godzinie 7.30 rano, niestety musieliśmy wziąć poprawkę na tamtejsze poczucie czasu i na nasz autobus czekaliśmy dodatkową godzinę... :)
Przejazd drogą Tizi n'Tichka może wywołać niezłe mdłości, a osoby z chorobą lokomocyjną powinny szczególnie uważać, bo ilość zakrętów i serpentyn jest niezliczona. Ta górska droga została zbudowana w 1936 roku przez francuską armię, a jej najwyższy punkt przebiega na wysokości 2260 m n.p.m. i jest to najwyżej położony przejazd gorski w północnej Afryce.





Kasbah Aït Benhaddou to wioska wpisana na listę dziedzictwa narodowego UNESCO w 1987 roku. Podobno jest to najlepiej zachowana wioska tego typu w okolicy i oczywiście najbardziej popularna, nie tylko wśród turystów, ale także wśród przemysłu filmowego wprost z Hollywood. To tutaj kręcone były wielkie produkcje jak Gladiator czy Aleksander. Miejsce bez wątpienia malownicze i ciekawe, choć zwiedzanie w pełnym słońcu nie należało do najprzyjemniejszych. Sama wioska leży na zboczu wzgórza, ale przy blisko 40°C można się nieźle zasapać zanim wdrapie sie człowiek na samą gorę. 









W Ouarzazate zwanym bramą do Sahary, znajduje się Muzeum Kina, gdzie można obejrzeć różne eksponaty i części scenografii wykorzystywanych w produkcjach filmowych. 







Komentarze

Popularne posty z tego bloga

08/09 Pierwsze spotkanie z Afryką... na wyciągnięcie ręki

Plaża w Conil de la Frontera to jedna z piękniejszych piaszczystych plaż w Andaluzji. Szeroka, rozległa, czysta, nieprzeludniona... Postanowiliśmy na niej odpocząć i zażyć upragnionej kąpieli słonecznej w drodze do Algeciras. Woda była nieco chłodniejsza niz w Kadyksie, lecz wspaniałe fale wszystko zrekompensowały (zabawa była przednia). Samo miasteczko wydaje się być ładne (pueblo blanco), niestety nie mieliśmy czasu na zwiedzanie gdyż po drodze planowaliśmy odwiedzić jeszcze Tarifę.

Koty, ślimaki i... Gaudi ;)

Niektórzy z Was zapewne mają tak zwane 'swoje miejsce na ziemi', gdzie mieszkacie lub gdzie wyjeżdżacie bardziej bądź mniej regularnie. Dla nas jest to Hiszpania, odwiedzana przynajmniej raz w roku. Nie zawsze to samo miasto, nie zawsze ten sam region, gdyż chęć poznania i odkrywania jest niezwykle silna i ekscytująca.

Tym razem postanowiliśmy odwiedzić Barcelonę. Co prawda czwarty raz, ale to miasto nigdy nam się nie nudzi. Bajkowa architektura Gaudiego, obłędne zapachy kuchni katalońskiej, plaża i sąsiadujące góry to coś czemu dajemy się uwieść za każdym razem. Bez planu, bez listy miejsc do zobaczenia - ot tak, czwarty raz, czterodniowy spacer ulicami stolicy Katalonii. Pogoda jak na listopad nam dopisała, temperatura oscylowała w granicach 20 stopni, niekiedy kropił deszcz, a czasami słońce dokazywało zza chmur. 

Pierwsze koty za płoty

Słoneczny stan USA, słynący z parków rozrywki, pięknych plaż i aligatorów. Dom Myszki Miki, manatów i kubańskich imigrantów. Miejsce gdzie w 1946 roku wymyślono mrożony, skoncentrowany sok pomarańczowy. Jeden z najbardziej siwych stanów w całej Ameryce, gdzie 19.1% populacji to osoby w wieku 65 lat i starsze. Floryda, to tutaj zaczęliśmy naszą wymarzoną podróż po Stanach Zjednoczonych. Dlaczego akurat tutaj? Powód był bardzo prozaiczny. Nasz strat był mocno zdeterminowany przez zakup kampera, a po lekturze przeróżnych blogów podróżniczych i for internetowych, rozpatrując wszystkie za i przeciw, okazało się, że na Florydzie powinno pójść nam całkiem gładko ze wszelkimi formalnościami rejestracyjnymi i ubezpieczeniowymi (o tym jak nam poszło pisałam już w dwóch poprzednich postach TUTAJ i TUTAJ).