Przejdź do głównej zawartości

Dzień i Noc

Ogród szyty na miarę

Ogród Majorelle wybudowany i zaaranżowany w 1924 roku przez Jacques Majorelle, francuskiego malarza, w 1980 roku został uratowany przed zburzeniem przez samego Yves Saint-Laurent. Udostępniony do publicznego zwiedzania, raczy intensywnymi kolorami i przerównymi odmianami kaktusów do dnia dzisiejszego. Małe baseny, fontanny czy las bambusowy, tworzą prawdziwe sanktuarium zieleni i spokoju, pod warunkiem, że nie ma zbyt wielu turystów, gdyż sam ogród nie jest specjalnie duży. Chwilami ogród wydaje się być przytłoczony swoim bogactwem roślinnych kształtów i form, podobno reprezentujących pięć kontynentów. Prócz uroków natury na zwiedzających czekają Muzeum Berberów i Galeria Miłości YSL z jego projektami kartek, które wysyłał swoim przyjaciołom i stałym klientom z okazji nowego roku, mała księgarnia i kawiarnia - droga jak na standardy marokańskie, ale bardzo przyjemna. Muzeum oficjalnie zostało otworzone w 2011 roku. W swoich zbiorach posiada biżuterię, broń, wyroby ze skóry, wyrabiane ręcznie kosze i tkane materiały demonstrujące bogactwo i różnorodność wciąż żywej kultury Berberów. W sąsiedztwie ogrodu znajdują się oczywiście sklepy, ale zupełnie inne od tych w sukach. Nikt nie zaczepia, nie nagania i nie namawia do zakupów, ale ceny...(!) mocno europejskie. 










Nocne obżarstwo

Po zachodzie słońca Jemaa El Fna przemienia się w jedną wielką restaurację z masą ulicznych jadłodajni, straganami ze swieżym sokiem z cytrusów, suszonymi owocami, zaklinaczami węży, tancerzy-transwestytów, wróżbitów, opowiadaczy historii i czego tam jeszcze dusza zapragnie. Tłumy ludzi nadciągają ze wszystkich stron, a cały plac wygląda jak widownia na koncercie Madonny ;) Świeże produkty docierają tutaj każdego wieczoru, a jedzenie jest przyrządzane na naszych oczach. Poniżej unoszącej się chmury dymu z trzaskających grilli węglowych, zarówno mieszkańcy jak i turyści z niekrywaną radością raczą się szerokim wachlarzem smaków kuchni marokańskiej.




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

08/09 Pierwsze spotkanie z Afryką... na wyciągnięcie ręki

Plaża w Conil de la Frontera to jedna z piękniejszych piaszczystych plaż w Andaluzji. Szeroka, rozległa, czysta, nieprzeludniona... Postanowiliśmy na niej odpocząć i zażyć upragnionej kąpieli słonecznej w drodze do Algeciras. Woda była nieco chłodniejsza niz w Kadyksie, lecz wspaniałe fale wszystko zrekompensowały (zabawa była przednia). Samo miasteczko wydaje się być ładne (pueblo blanco), niestety nie mieliśmy czasu na zwiedzanie gdyż po drodze planowaliśmy odwiedzić jeszcze Tarifę.

Ach... leniem być!

Nasza wyprawa do Chin nie była w założeniu wyprawą ekstremalną, nie planowaliśmy przez całe 4 tygodnie przemierzać rozmaite trasy wysokogórskie ani też spędzić tego czasu wyłącznie w wielkich aglomeracjach miejskich. Mówcie co chcecie, ale przemieszczanie się z jednego miasta do drugiego co parę dni bywa męczące, a nadmiar wrażeń trochę przytłaczający. Na ten wyjazd czekaliśmy praktycznie cały rok i od samego początku wiedzieliśmy, że bedziemy chcieli spędzić jeden tydzień na robieniu NIC. Wybór padł na wyspę Hainan położoną na Morzu Południowochińskim, zwaną przez niektórych chińskimi Hawajami. Tropikalny klimat, temperatury między 25 a 30 stopni Celsjusza, woda, plaża - tego właśnie było nam trzeba.  Aby dostać się do Sanya (miasta na południu wyspy) z Zhangjiajie najpierw czekała nas 13-sto godzinna podróż pociągiem (na szczęście w nocy) a potem 1,5 godzinny lot. Oczywiście po opuszczeniu lotniska trzeba uważać na naciągaczy, którzy bardzo chętnie nas zawiozą do centrum za cenę 2x w…

Pierwsze koty za płoty

Słoneczny stan USA, słynący z parków rozrywki, pięknych plaż i aligatorów. Dom Myszki Miki, manatów i kubańskich imigrantów. Miejsce gdzie w 1946 roku wymyślono mrożony, skoncentrowany sok pomarańczowy. Jeden z najbardziej siwych stanów w całej Ameryce, gdzie 19.1% populacji to osoby w wieku 65 lat i starsze. Floryda, to tutaj zaczęliśmy naszą wymarzoną podróż po Stanach Zjednoczonych. Dlaczego akurat tutaj? Powód był bardzo prozaiczny. Nasz strat był mocno zdeterminowany przez zakup kampera, a po lekturze przeróżnych blogów podróżniczych i for internetowych, rozpatrując wszystkie za i przeciw, okazało się, że na Florydzie powinno pójść nam całkiem gładko ze wszelkimi formalnościami rejestracyjnymi i ubezpieczeniowymi (o tym jak nam poszło pisałam już w dwóch poprzednich postach TUTAJ i TUTAJ).