Przejdź do głównej zawartości

Woda, woda i jeszcze raz woda...

Wichura i deszcz nie ustępowały przez całą noc. Nie mogliśmy spać, budziliśmy się co kilkadziesiąt minut i czekaliśmy z nadzieją, że przestanie. Rano strasznie ciężko było się zorganizować, złożyć mokry namiot i zapakować wszystkie graty do samochodu. Choć przestało w końcu padać i wiatr zelżał, dzień upłynął nam pod znakiem wody. Liczba zobaczonych wodospadów wyczerpała nasz limit na kilka kolejnych lat, no chyba, że przyjdzie nam zobaczyć Niagarę albo Iguazu ;)
Zaczęliśmy od Skógafoss, skąd oryginalnie zakładaliśmy, że ruszymy w 23,4km marsz przez góry do Þórsmörk - Fimmvörðuháls. 



Niestety wyprawa na lodowiec dzień wcześniej i nieprzespana noc skutecznie zmieniły nasze plany i już od samego początku wiedzieliśmy, że nie damy rady. Wzięliśmy tylko picie i czekoladę i ruszyliśmy w górę by zobaczyć choć ułamek tego co planowaliśmy.
Część pierwsza tego szlaku to tzw, Waterfall Way (z Skógafoss do tzw. "mostu"), czyli 22 wodospady, o różnej wielkości i sile. Nam udało się zobaczyć tylko kilka z nich, ale cały czas mamy nadzieję, że jeszcze tam wrócimy i zrealizujemy nasz plan od początku do końca :).








Po Skógar, udaliśmy się do Eyjafjallajökull Visitor Center. Pamiętacie jeszcze jak w kwietniu 2010 roku przestrzeń powietrzna nad Europą została sparaliżowana na kilka tygodni, loty odwołane, a całe masy ludzi uziemione na lotniskach i zmuszone do zmiany planów? My, wracając z Lizbony po długim weekendzie majowym, zmuszeni byliśmy do lądowania w Shannon zamiast w Dublinie.
Ale mniejsza z tym, za 750 ISK/osobę w Centrum Eyjafjallajökull można obejrzeć 20 minutowy film mówiący o wybuchu samego wulkanu, topniejącym lodowcu, jak również pokazujący losy i wymiar tragedii jaki spotkał rodzinę mającą farmę u jego podnóży. Oczywiście prócz samej projekcji oferta centrum to liczne pamiątki typu koszulki, kubeczki i zamknięty w malutkich buteleczkach słynny pył wulkaniczny :)
Korzystając z okazji nie mogliśmy sobie odmówić chwili relaksu w Seljavallalaug, geotermalnym basenie zbudowanym w 1923 roku. Lokalizacja jednego z najstarszych basenów w Islandii nie jest najlepiej oznaczona i musieliśmy się troszkę natrudzić, żeby go znaleźć. Miało to oczywiście jeden, najważniejszy plus - brak tłumów... do tego malownicza dolina w pobliżu samego Eyjafjallajökull dodała troszkę ekscytacji.



Dzień zakończyliśmy wodospadem Seljalandsfoss, tym który można przejść dookoła.




Komentarze

  1. Byłem tam kilka lat temu i nadal zazdroszczę innym, że tam są....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mamy dokładnie to samo :-) Choć byliśmy tam całkiem niedawno, zazdrościmy każdemu kto tam się wybiera. Islandii nigdy dość :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Podobał Ci się ten wpis? Masz coś do dodania bądź chcesz o coś zapytać? Będzie nam bardzo miło, jeśli zostawisz swój komentarz :)

Popularne posty z tego bloga

08/09 Pierwsze spotkanie z Afryką... na wyciągnięcie ręki

Plaża w Conil de la Frontera to jedna z piękniejszych piaszczystych plaż w Andaluzji. Szeroka, rozległa, czysta, nieprzeludniona... Postanowiliśmy na niej odpocząć i zażyć upragnionej kąpieli słonecznej w drodze do Algeciras. Woda była nieco chłodniejsza niz w Kadyksie, lecz wspaniałe fale wszystko zrekompensowały (zabawa była przednia). Samo miasteczko wydaje się być ładne (pueblo blanco), niestety nie mieliśmy czasu na zwiedzanie gdyż po drodze planowaliśmy odwiedzić jeszcze Tarifę.

Koty, ślimaki i... Gaudi ;)

Niektórzy z Was zapewne mają tak zwane 'swoje miejsce na ziemi', gdzie mieszkacie lub gdzie wyjeżdżacie bardziej bądź mniej regularnie. Dla nas jest to Hiszpania, odwiedzana przynajmniej raz w roku. Nie zawsze to samo miasto, nie zawsze ten sam region, gdyż chęć poznania i odkrywania jest niezwykle silna i ekscytująca.

Tym razem postanowiliśmy odwiedzić Barcelonę. Co prawda czwarty raz, ale to miasto nigdy nam się nie nudzi. Bajkowa architektura Gaudiego, obłędne zapachy kuchni katalońskiej, plaża i sąsiadujące góry to coś czemu dajemy się uwieść za każdym razem. Bez planu, bez listy miejsc do zobaczenia - ot tak, czwarty raz, czterodniowy spacer ulicami stolicy Katalonii. Pogoda jak na listopad nam dopisała, temperatura oscylowała w granicach 20 stopni, niekiedy kropił deszcz, a czasami słońce dokazywało zza chmur. 

Pierwsze koty za płoty

Słoneczny stan USA, słynący z parków rozrywki, pięknych plaż i aligatorów. Dom Myszki Miki, manatów i kubańskich imigrantów. Miejsce gdzie w 1946 roku wymyślono mrożony, skoncentrowany sok pomarańczowy. Jeden z najbardziej siwych stanów w całej Ameryce, gdzie 19.1% populacji to osoby w wieku 65 lat i starsze. Floryda, to tutaj zaczęliśmy naszą wymarzoną podróż po Stanach Zjednoczonych. Dlaczego akurat tutaj? Powód był bardzo prozaiczny. Nasz strat był mocno zdeterminowany przez zakup kampera, a po lekturze przeróżnych blogów podróżniczych i for internetowych, rozpatrując wszystkie za i przeciw, okazało się, że na Florydzie powinno pójść nam całkiem gładko ze wszelkimi formalnościami rejestracyjnymi i ubezpieczeniowymi (o tym jak nam poszło pisałam już w dwóch poprzednich postach TUTAJ i TUTAJ).