Przejdź do głównej zawartości

Taaaka ryba...

Dzień pełen wrażeń podczas pobytu na Islandii to już żadna nowość. Wodospady, gejzery, cuda, dziwy nie z tej ziemii. I pytamy siebie, jak mamy upchać te wszystkie cudowności w 2-tygodniowe ramy i nie mieć niedosytu? Odpowiedź jest prosta - nie da się! Więc po jakimś czasie odpuszcza spięcie 4 liter i cieszymy się chwilą, ułamkiem sekundy, promieniem niezachodzącego słońca i wszystkim tym co nas otacza. Nie chcemy kolejnego dnia spędzać w samochodzie więc po drodze do Húsavíku zatrzymujemy się tylko przy wodospadzie bogów - Goðafoss. Był piękny słoneczny poranek - na tyle wcześnie, że mogliśmy cieszyć się samotnością we dwoje przez około 30 minut :) Po tym czasie, na parking podjechał autokar z wycieczką podekscytowanych emerytów, co skutecznie nas przegoniło, ale też pozwoliło na szybkie dojechanie do Húsavíku. 



Polowanie na wieloryby czas zacząć! 
Centrum wielorybnicze Islandii z niewielkim portem, kolorowymi domami i malowniczymi, pokrytymi śniegiem wzgórzami, przyciąga amatorów morskich kreatur z całego świata. Jedni przyjezdżają tu by móc skorzystać z możliwości zobaczenia tego morskiego ssaka w jego naturalnym środowisku, inni natomiast by skosztować jego mięsa. My mieliśmy dylemat i nie wiedzieliśmy czy nasza wycieczka zakończy się degustacją...



W porcie operują dwie firmy oferujące wyprawy łodziami na obserwacje wielorybów, North Sailing i Gentle Giants. Ta pierwsza w swojej flocie ma odrestaurowane łodzie w starym stylu, druga prócz starych drewnianych statków, kusi szybkimi łodziami pontonowymi typu Zodiak. Ceny w obu są podobne tak więc o wyborze decyduje głównie rodzaj jednostki pływającej i oferowana trasa. My zdecydowaliśmy się na ponton, ze względu na szybką możliwość przemieszczania się. Dano nam grube kombinezony, kamizelki ratunkowe, czapki, rękawiczki i gogle - wyglądaliśmy jakbyśmy wyruszali na prawdziwą wyprawę arktyczną ;) 




Pierwszy przystanek to Lundey - wyspa maskonurów. Wspominałam już, że jednym z moich marzeń przed przyjazdem do Islandii było zobaczyć te śliczne ptaki, co udało nam się w Látrabjarg, ale to co zobaczyłam na Lundey przerosło moje oczekiwania. Były tam całe stada kolorowych dziobów, setki, a może nawet tysiące... na wodzie, na wyspie, w powietrzu... z każdej strony. Trochę płochliwe, w pośpiechu dające nura pod wodę, lub nieudolnie wzbijające się do lotu gdy tylko podpłynęliśmy zbyt blisko.



Okrzykom zachwytu nie było końca, ale nadszedł czas na poszukiwanie grubej ryby! Pięknie świeciło słońce ale przy prędkości 32 - 37 węzłów zrozumieliśmy po co nam te kombinezony, czapy i rękawice. Gdyby nie gogle byśmy się zapłakali od wiatru smagającego nasze twarze i niczego byśmy nie zobaczyli. A tak, udało nam się "upolować" humbaki, delfiny i foki. Wieloryby okazały się być całkiem ciekawskie i chętnie ukazywały nam swoje grzbiety. Jeden z nich wynurzył się przy samej lewej burcie i przez chwilę nam towarzyszł by w końcu zniknąć w morskiej otchłani. Delfiny nie zawiodły, skore do zabawy pojawiały się co jakiś czas wyskakując z wody przy akompaniamencie naszych ochów i achów. A foki? Dostojnie i leniwie wylegiwały się na wysepce i udawały, że wcale nie są nami zainteresowane :) Cały rejs trwał 2,5 godziny, a przed powrotem do portu zostaliśmy poczęstowani nalewką jałowcową, na rozgrzewkę. Czy było warto? Zdecydowanie tak! Nie wiemy czy jeszcze kiedyś będzie nam dane zobaczyć wieloryby na żywo, w ich naturalnym środowisku, czy jeszcze kiedyś odwiedzimy Islandię. Dlatego nie żałujemy i polecamy każdemu, kto bedzie w pobliżu Húsavíku - przeżycie warte każdych pieniędzy.







Po rejsie wybraliśmy się do Muzeum Wielorybów, gdzie mogliśmy zobaczyć szkielety całkiem okazałych osobników i obejrzeć film dokumentalny o tych morskich ssakach i ich migracji z Karaibów na Alaskę. Tam też dowiedzieliśmy się, że obecnie w Islandii dokonuje się połowów jednego gatunku wielorybów - finwali - na rynek wewnętrzny, co nadal wzbudza wiele emocji i kontrowersji.
Po tych morskich atrakcjach wyruszyliśmy w dalszą drogę, w kierunku jeziora Mývatn. W jego wschodnim sąsiedztwie, 2700 lat temu w wyniku wielkiej erupcji powstał krater Hverfjall. Ten nieczynny już wulkan, wysoki na 463 metry, o średnicy 1 kilometra, nadal  zieje smrodem siarki. Niewiele myśląc postanowiliśmy się na niego wdrapać, oczywiście zupełnie nieświadomie zaatakowaliśmy go od najbardziej stromej strony, ale udało się!  Połknęłam przy tym muchę (wszędzie latały jak opętane), ale co tam - przynajmniej głodna później nie byłam ;)






Ale żeby nie było, że my tylko po tych wulkanach żeśmy łazili i wodospady oglądali, postanowiliśmy skorzystać z dobrodziejstw Matki Ziemii i zatrzymać się na chwilę relaksu w Jardbodin, Blue Lagoon północnej Islandii. Impreza do najtańszych nie należy, ale przyjemnie było posiedzieć w ciepłej, mleczno-niebieskiej wodzie i chłonąć drogocenne minerały w niej zawarte. 




Alternatywą dla płatnego kompleksu może być Grjótagjá, jaskinia wypełniona gorącą wodą. Podobno w latach 1975 - 1984 temperatura wody przekroczyła 50°C, dziś wynosi około 45°C - chyba nadal trochę za gorąco by móc się porządnie wymoczyć, ale jak ktoś lubi... ;)



Na koniec dnia zatrzymaliśmy się jeszcze w Hverir, geotermalnym polu u podnóży Námafjall. Godzina była idealna, po 22.00, słońce jeszcze przygrzewało ale było na tyle późno, że znów mogliśmy się cieszyć samotnością we dwoje. Po raz kolejny znaleźliśmy się w kosmosie, kotły z wrzącym błotem,  zewsząd wydobywająca się para, kolorowe fumarole i intensywny smród siarki.






Na kamping Möðrudalur - Fjalladýrð zajechaliśmy po północy. Mieliśmy piękny widok na królową islandzkich gór - Herðubreið, a do snu znów śpiewały nam ptaki. 
Dobranoc.



P.S. Nie, nie próbowaliśmy mięsa ani wieloryba, ani maskonura.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

08/09 Pierwsze spotkanie z Afryką... na wyciągnięcie ręki

Plaża w Conil de la Frontera to jedna z piękniejszych piaszczystych plaż w Andaluzji. Szeroka, rozległa, czysta, nieprzeludniona... Postanowiliśmy na niej odpocząć i zażyć upragnionej kąpieli słonecznej w drodze do Algeciras. Woda była nieco chłodniejsza niz w Kadyksie, lecz wspaniałe fale wszystko zrekompensowały (zabawa była przednia). Samo miasteczko wydaje się być ładne (pueblo blanco), niestety nie mieliśmy czasu na zwiedzanie gdyż po drodze planowaliśmy odwiedzić jeszcze Tarifę.

Ach... leniem być!

Nasza wyprawa do Chin nie była w założeniu wyprawą ekstremalną, nie planowaliśmy przez całe 4 tygodnie przemierzać rozmaite trasy wysokogórskie ani też spędzić tego czasu wyłącznie w wielkich aglomeracjach miejskich. Mówcie co chcecie, ale przemieszczanie się z jednego miasta do drugiego co parę dni bywa męczące, a nadmiar wrażeń trochę przytłaczający. Na ten wyjazd czekaliśmy praktycznie cały rok i od samego początku wiedzieliśmy, że bedziemy chcieli spędzić jeden tydzień na robieniu NIC. Wybór padł na wyspę Hainan położoną na Morzu Południowochińskim, zwaną przez niektórych chińskimi Hawajami. Tropikalny klimat, temperatury między 25 a 30 stopni Celsjusza, woda, plaża - tego właśnie było nam trzeba.  Aby dostać się do Sanya (miasta na południu wyspy) z Zhangjiajie najpierw czekała nas 13-sto godzinna podróż pociągiem (na szczęście w nocy) a potem 1,5 godzinny lot. Oczywiście po opuszczeniu lotniska trzeba uważać na naciągaczy, którzy bardzo chętnie nas zawiozą do centrum za cenę 2x w…

Pierwsze koty za płoty

Słoneczny stan USA, słynący z parków rozrywki, pięknych plaż i aligatorów. Dom Myszki Miki, manatów i kubańskich imigrantów. Miejsce gdzie w 1946 roku wymyślono mrożony, skoncentrowany sok pomarańczowy. Jeden z najbardziej siwych stanów w całej Ameryce, gdzie 19.1% populacji to osoby w wieku 65 lat i starsze. Floryda, to tutaj zaczęliśmy naszą wymarzoną podróż po Stanach Zjednoczonych. Dlaczego akurat tutaj? Powód był bardzo prozaiczny. Nasz strat był mocno zdeterminowany przez zakup kampera, a po lekturze przeróżnych blogów podróżniczych i for internetowych, rozpatrując wszystkie za i przeciw, okazało się, że na Florydzie powinno pójść nam całkiem gładko ze wszelkimi formalnościami rejestracyjnymi i ubezpieczeniowymi (o tym jak nam poszło pisałam już w dwóch poprzednich postach TUTAJ i TUTAJ).