Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z 2015

Wesołych Świąt...

Lubicie Boże Narodzenie?  Ja uwielbiam... Tę krzątaninę, poruszenie, tłok w kuchni i zapachy z niej się wydobywające. Cały rok czekam na pierogi z kapustą i grzybami mojej Mamy, najlepsze na świecie. Ubóstwiam kupowanie prezentów najbliższym i czekanie z niecierpliwością na chwilę gdy je rozpakują. Nawet świąteczne porządki lubię. Tak się złożyło, że od dwóch lat nasze bożonarodzeniowe świętowanie jest za każdym razem bardzo inne niż poprzednie. Dwa lata temu zmarł mój Ojciec. Nie łączyła mnie z nim jakaś szczególnie silna więź, nie mieliśmy najlepszych relacji, ale w obliczu śmierci na wszystkie zaszłości człowiek patrzy z innej perspektywy. Nie pamięta tego co złe, a to co dobre trochę idealizuje. Kurczowo trzyma się tych miłych chwil i nie chce o nich zapomnieć. Przy Wigilijnym stole wyraźnie dało się wyczuć brak mojego Taty, jego narzekań i humorów, ale paradoksalnie tamte Święta spędziłam w najbardziej rodzinnej atmosferze w moim życiu.

Krótki weekend w Kolonii

Stolica Rejencji Kolonia, czwarte co do wielkości miasto Niemiec, położona nad Renem, Kolonia - to była nasza pierwsza wizyta u zachodniego sąsiada. W 1-szo listopadowy weekend miasto było opustoszałe, sklepy pozamykane, tylko kawiarenki i restauracje tętniły życiem. Słońce pięknie przygrzewało, między drzewami latały papugi niczym w Hiszpanii a my spacerowaliśmy i chłonęliśmy atmosferę miasta, kierując się w stronę Kölner Dom - gotyckiej archikatedry górującej nad niemiecką aglomeracją. Katedra Świętego Piotra i Najświętszej Marii Panny budowana przez 600 lat to największy kościół Kolonii i najwyższa budowla świata do roku 1884. Trzeba przyznać, że architektura zachwyca, aż ciężko oderwać oczy ale ilość osób odwiedzających mrozi krew w żyłach. Zamiast sakralnej, bazarowa atmosfera. Turyści fotografujący się na tle ołtarzy i sarkofagów, palący świece ale niewiedzący po co... duchowość miejsca uleciała z dymem, pozostał tylko zapach kadzidła i relikwie Trzech Króli. Bez wątpienia Kölne…

Hollywood w Maroku

Postanowiliśmy wybrać się na 1-dniową wycieczkę w góry Atlas i na marokańską pustynię. Spontanicznie zdecydowaliśmy się na operatora, a za całą imprezę zapłaciliśmy 500 dirham (ok. €50). Start spod stacji Bab Doukkala o godzinie 7.30 rano, niestety musieliśmy wziąć poprawkę na tamtejsze poczucie czasu i na nasz autobus czekaliśmy dodatkową godzinę... :) Przejazd drogą Tizi n'Tichka może wywołać niezłe mdłości, a osoby z chorobą lokomocyjną powinny szczególnie uważać, bo ilość zakrętów i serpentyn jest niezliczona. Ta górska droga została zbudowana w 1936 roku przez francuską armię, a jej najwyższy punkt przebiega na wysokości 2260 m n.p.m. i jest to najwyżej położony przejazd gorski w północnej Afryce.


Dzień i Noc

Ogród szyty na miarę
Ogród Majorelle wybudowany i zaaranżowany w 1924 roku przez Jacques Majorelle, francuskiego malarza, w 1980 roku został uratowany przed zburzeniem przez samego Yves Saint-Laurent. Udostępniony do publicznego zwiedzania, raczy intensywnymi kolorami i przerównymi odmianami kaktusów do dnia dzisiejszego. Małe baseny, fontanny czy las bambusowy, tworzą prawdziwe sanktuarium zieleni i spokoju, pod warunkiem, że nie ma zbyt wielu turystów, gdyż sam ogród nie jest specjalnie duży. Chwilami ogród wydaje się być przytłoczony swoim bogactwem roślinnych kształtów i form, podobno reprezentujących pięć kontynentów. Prócz uroków natury na zwiedzających czekają Muzeum Berberów i Galeria Miłości YSL z jego projektami kartek, które wysyłał swoim przyjaciołom i stałym klientom z okazji nowego roku, mała księgarnia i kawiarnia - droga jak na standardy marokańskie, ale bardzo przyjemna. Muzeum oficjalnie zostało otworzone w 2011 roku. W swoich zbiorach posiada biżuterię, broń, wyroby …

Polskie to coś...

Pamiętacie reklamę Prince Polo z Islandią w tle i Gunnara, który wybrał się w podróż do Polski w poszukiwaniu polskiego tego czegoś?


My pojechaliśmy na Islandię i sprawdzaliśmy czy "polskie to coś" smakuje równie dobrze tam jak u nas... ;) I wiecie co? Smakuje!

P.S. To nie jest wpis sponsorowany

Jak bogaty Europejczyk w Afryce

Jeżeli macie "trochę" wolnej gotówki, którą chcielibyście zainwestować, bądź marzycie o tym by rzucić wszystko w cholerę, sprzedać co macie i przenieść się do zupełnie odmiennego kulturowo i klimatycznie kraju, to czemu by nie kupić riadu w Maroku i tam zamieszkać? Przy okazji wynajmować pokoje turystom i zarabiać na tym spore pieniądze? W sieci aż roi się od stron z ofertami zakupu nieruchomości do remontu, w Marrakeszu, Essaouirii czy Fezie. Na taki szalony pomysł wpadła Cathy, nasza gospodyni z Airbnb. Prowadziła we Francji swój własny biznes, w którym osiągała większe bądź mniejsze sukcesy. Pewnego dnia postanowiła zmienić swoje życie o 180 stopni, zostawić wszystko we Francji, łącznie z 20-sto letnim synem i wyjechać do Maroka. I tak, pomimo sprzeciwu rodziny i przyjaciół, spakowała walizkę, aby pewnego dnia stanąć w samym środku zatłoczonego Jemaa El Fna, bez żadnego konkretnego planu na przyszłość. Marokańska przygoda Cathy stanęła na zakupie 3-piętrowego riadu w Medi…

Wszystko co dobre....

Powoli zataczaliśmy koło a nasza podróż dobiegała końca. Deszcz postanowił nam towarzyszyć do ostatniego dnia. Przed ostatecznym pożegnaniem z naszą srebną strzałą i pełnym zamknięciem islandzkiej pętli zatrzymaliśmy się jeszcze w kilku miejscach. Krýsuvík - Seltún, geotermalny teren podobny do Hverir ale znacznie mniejszy, gdzie energia wulkaniczna utworzyła gorące strumienie, buchające parą gejzery i pomalowała ziemię na przeróżne kolory. Do 1000 metrów pod ziemią, temperatura sięga nawet 200°C, na samej powierzchni bajora błotne osiągają temperaturę około 80 - 100°C dlatego też, dla własnego bezpieczeństwa, należy chodzić po wyznaczonych kładkach.



Parno i ciemno

Dolina Reykjadalur to z pewnością jeden z najbardziej popularnych i prawdopodobnie najpiękniejszych terenów w okolicach miasta Hveragerði, słynącego z najdzikszych parujących ziem w całej Islandii. Szlak turystyczny wiedzie przez lekko górzysty teren, a gorące źródła i kolorowe pola, pełne aktywności geotermalnej niewatpliwie uatrakcyjniają całą wędrówkę. Po przejściu 3 kilometrów, wisienką na torcie jest gorąca rzeka, w której można ukoić swoje ciało i duszę. Dobrze jest mieć pod ubraniem strój kąpielowy bo na miejscu nie ma żadnych przebieralni, więc zostaje opcja świecenia gołym tyłkiem (a widownia jest zacna i spora) lub gimnastykowanie się pod osłoną ręcznika ;) My nie byliśmy przygotowani do kąpieli, więc tym razem skończyło się na wymoczeniu nóg. 

Woda, woda i jeszcze raz woda...

Wichura i deszcz nie ustępowały przez całą noc. Nie mogliśmy spać, budziliśmy się co kilkadziesiąt minut i czekaliśmy z nadzieją, że przestanie. Rano strasznie ciężko było się zorganizować, złożyć mokry namiot i zapakować wszystkie graty do samochodu. Choć przestało w końcu padać i wiatr zelżał, dzień upłynął nam pod znakiem wody. Liczba zobaczonych wodospadów wyczerpała nasz limit na kilka kolejnych lat, no chyba, że przyjdzie nam zobaczyć Niagarę albo Iguazu ;) Zaczęliśmy od Skógafoss, skąd oryginalnie zakładaliśmy, że ruszymy w 23,4km marsz przez góry do Þórsmörk - Fimmvörðuháls. 



Lodowcowa ekspedycja

Pobudka 7.00 rano, szybkie śniadanie, toaleta, namiot złożony i już jesteśmy gotowi na 4-godzinny trekking po lodowcu Svínafellsjökull. Przed wyprawą zostajemy wyposażeni w odpowiedni sprzęt: kaski, raki, czekany... jak na prawdziwą polarną ekspedycję. Pełni ekscytacji, po szybkim przeszkoleniu ruszamy z naszym przewodnikiem z Icelandic Mountain Guides, na ujarzmienie białego potwora. 


Kamienie i lodowe rzeźby

Fiordy wschodnie potraktowaliśmy trochę po macoszemu. Pogoda nie dopisała, chmury były bardzo nisko i co jakiś czas siąpił drobny deszcz. Ogólnie buro i szaro, tak że nie chciało nam się wystawiać nosa z samochodu. Na przystanek w Stöðvarfjörður zdecydowaliśmy się ze względu na kolekcję kamieni i minerałów niejakiej Petry. Kobieta najwyraźniej od najmłodszych lat pasjonowała się gemmologią i tak przez następnych kilkadziesiąt uzbierała niemałą kolekcję skał. 70% z nich pochodzi z najbliższej okolicy, jaspisy, agaty, ametysty, olśniewające kryształy kwarcu, zbiór naprawdę imponujący. Cały ogród jak i dom zostały zaaranżowane w formę wielkiej wystawy kamieni. Prócz tego można tam znaleźć kolekcję długopisów, pudełek po zapałkach, muszli, jajek i wiele, wiele innych. Dziś Petry juz nie ma, a nad jej całą kolekcją czuwa rodzina, która zbija na tym całkiem niezły interes - wstęp to ISK1000 od osoby (czyli jakieś EUR7.14).

Jak u Hitchcock'a

Jadąc na Islandię marzyło mi się przekroczenie koła podbiegunowego. Tak się złożyło, że nasz przyjazd do Dalvíku nie pokrył się z rozkładem promów na wyspę Grímsey. Lot z Akureyri byłby dużą rozrzutnością (ok €60 na osobę w jedną stronę), więc postanowiliśmy pojechać do Raufarhöfn, skąd według Lonely Planet, była możliwość popłynięcia łodzią w Ocean Północnoatlantycki i przekroczenia magicznej granicy koła podbiegunowego. Po żmudnych poszukiwaniach firmy Arctic Travel i kontakcie telefonicznym dowiedzieliśmy się, że usługa ta nie jest już dostępna, a firma się zamknęła. Ależ byłam rozczarowana... :( Wpatrując się jednak w mapę Islandii wpadłam na pomysł trasy do Hraunhafnartangi - jednego z najbardziej wysuniętych na północ krańców wyspy. Dojazd nie był najlepszy, ale też nie gorszy od tego na fiordach wschodnich



Piekielne źródła

Víti, islandzkie piekło... powstałe w 1724 roku - jeden z wielu odpowietrzaczy centralnej Krafli. Ten krater o średnicy 320 metrów, wypełniony turkusowo-mleczną wodą, sąsiaduje z bliźniaczymi wrzącymi i bulgoczącymi jeziorkami, które przypominają o dawnej aktywności i destrukcyjnej erupcji Mývatnseldar ("Mývatn fires"). Po serii eksplozji, trzęsień ziemi, ognia i płynącej lawy trwajacych 5 lat, pozostał oszałamiający widok i oczywiście wszechobecny smród zgniłego jaja.