Przejdź do głównej zawartości

Zwolniliśmy tempo

Tak to już bywa, że kiedy pracuje się na etacie i do dyspozycji ma się zaledwie 23 dni urlopu rocznie, na te upragnione 2 tygodnie wolnego czeka się z wielką niecierpliwością. Zamiast odpoczywać - pędzi się na złamanie karku, odhacza miejsca, które planowało się zobaczyć i nie odrywa aparatu od oka, a na koniec szybko się zapomina co się widziało, przeżyło i smakowało.
Dlatego cenimy sobie te niespieszne poranki, kiedy nie musimy wstawać razem z kurami, kiedy mamy czas na wspólne śniadanie i na dzielenie się wrażeniami z poprzedniego dnia. 


Podczas pierwszego tygodnia  naszej podróży na około Islandii niewiele mieliśmy takich dni. Po zachodnich fiordach, których przejazd zajął nam znacznie więcej niż zakładaliśmy, postanowiliśmy zweryfikować nasze plany, odłożyć na bliżej nieokreśloną przyszłość niektóre marzenia i troszkę zwolnić.
Po drodze na północ umyliśmy naszego pierdzi-kółka, który po wyprawie na zachodnie fiordy wyglądał jakby przejechał Paryż - Dakar. Wyspę Grímsey być może kiedyś odwiedzimy, a tym razem spokojnie toczyliśmy się do Akureyri, drugiego co do wielkości miasta Islandii. Hmmm... umówmy się, Kraków ani Wrocław to, to nie jest, my byśmy raczej nazwali Akureyri niewielkim miasteczkiem leżącym nad fiordem Eyjafjörður. Cechą charakterystyczną tego miejsca jest położony na wzniesieniu, górujący nad zabudowaniami kościół Akureyrarkirkja.


Czy przypadkiem nie wydaje Wam się być znajomy? Kościół wybudowany w 1940 roku, został zaprojektowany przez Guðjóna Samúelssona, architekta stojącego za słynną Hallgrímskirkja. Podobno w środku znajdują sie wielkie organy mające 3200 piszczałek, a pod sufitem zawieszony jest model statku, mający chronić przebywających na morzu zgodnie ze starą, nordycką tradycją. Piszę podobno, gdyż podczas naszego pobytu w Akureyri, kościół był zamknięty.
Co zatem warto zobaczyć w stolicy Północnej Islandii, jeżeli nie jest się fanem muzeów i kościołów? Od czerwca do września do godziny 22.00 można zajrzeć do najbardziej wysuniętego na północ ogrodu botanicznego Lystigarðurinn. Zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od koła podbiegunowego możecie znaleźć rośliny z różnych stron świata (Europa Południowa, Afryka) jak również typowe gatunki flory islandzkiej.  




Na noc zatrzymaliśmy się na najdziwniejszym, jak dotąd kampingu w Systragil. Zapakowany przyczepami stojącymi tam miesiącami, albo nawet latami, nie wywarł na nas najlepszego wrażenia. "Mieszkańcy" niby uprzejmi, ale bacznie obserwujący każdy nasz ruch. Atmosfera niczym z kiepskiego thrillera ;) Niefortunnie rozbiliśmy nasz namiot na skrawku ziemii, należącym do kogoś (sic!) więc mieliśmy małą pogadankę z Panią nadzorującą cały kamping. Ostatecznie zezwolono nam na pozostanie na cudzej działce na jedną noc (ufff i tak nie zamierzaliśmy zostać tam na dłużej!). 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

08/09 Pierwsze spotkanie z Afryką... na wyciągnięcie ręki

Plaża w Conil de la Frontera to jedna z piękniejszych piaszczystych plaż w Andaluzji. Szeroka, rozległa, czysta, nieprzeludniona... Postanowiliśmy na niej odpocząć i zażyć upragnionej kąpieli słonecznej w drodze do Algeciras. Woda była nieco chłodniejsza niz w Kadyksie, lecz wspaniałe fale wszystko zrekompensowały (zabawa była przednia). Samo miasteczko wydaje się być ładne (pueblo blanco), niestety nie mieliśmy czasu na zwiedzanie gdyż po drodze planowaliśmy odwiedzić jeszcze Tarifę.

Ach... leniem być!

Nasza wyprawa do Chin nie była w założeniu wyprawą ekstremalną, nie planowaliśmy przez całe 4 tygodnie przemierzać rozmaite trasy wysokogórskie ani też spędzić tego czasu wyłącznie w wielkich aglomeracjach miejskich. Mówcie co chcecie, ale przemieszczanie się z jednego miasta do drugiego co parę dni bywa męczące, a nadmiar wrażeń trochę przytłaczający. Na ten wyjazd czekaliśmy praktycznie cały rok i od samego początku wiedzieliśmy, że bedziemy chcieli spędzić jeden tydzień na robieniu NIC. Wybór padł na wyspę Hainan położoną na Morzu Południowochińskim, zwaną przez niektórych chińskimi Hawajami. Tropikalny klimat, temperatury między 25 a 30 stopni Celsjusza, woda, plaża - tego właśnie było nam trzeba.  Aby dostać się do Sanya (miasta na południu wyspy) z Zhangjiajie najpierw czekała nas 13-sto godzinna podróż pociągiem (na szczęście w nocy) a potem 1,5 godzinny lot. Oczywiście po opuszczeniu lotniska trzeba uważać na naciągaczy, którzy bardzo chętnie nas zawiozą do centrum za cenę 2x w…

Pierwsze koty za płoty

Słoneczny stan USA, słynący z parków rozrywki, pięknych plaż i aligatorów. Dom Myszki Miki, manatów i kubańskich imigrantów. Miejsce gdzie w 1946 roku wymyślono mrożony, skoncentrowany sok pomarańczowy. Jeden z najbardziej siwych stanów w całej Ameryce, gdzie 19.1% populacji to osoby w wieku 65 lat i starsze. Floryda, to tutaj zaczęliśmy naszą wymarzoną podróż po Stanach Zjednoczonych. Dlaczego akurat tutaj? Powód był bardzo prozaiczny. Nasz strat był mocno zdeterminowany przez zakup kampera, a po lekturze przeróżnych blogów podróżniczych i for internetowych, rozpatrując wszystkie za i przeciw, okazało się, że na Florydzie powinno pójść nam całkiem gładko ze wszelkimi formalnościami rejestracyjnymi i ubezpieczeniowymi (o tym jak nam poszło pisałam już w dwóch poprzednich postach TUTAJ i TUTAJ).