Przejdź do głównej zawartości

Już nie ma dzikich plaż?

Nasza pierwsza noc w namiocie nie obyła się bez małych katastrof. Do godziny 4.00 spaliśmy jak zabici, jednak chłód panujący na zewnątrz nie pozwolił nam dotrzymać do rana. Kilka warstw ubrań i bluza z merynosów nie wystarczyły by zapewnić nam komfort termiczny, a włożenie do śpiwora kubka z gorącą herbatą, choć skuteczne na chwilę, okazało się być mokre w skutkach ;)
Jajecznica, kanapki z łososiem i gorąca herbata... tak przez następne dwa tygodnie będziemy zaczynać każdy dzień. Z czasem wprowadzimy urozmaicenie w postaci żółtego sera i dżemu jagodowego. Iście królewska uczta, która nie znudzi nam się do samego końca naszej podróży.



Plan na dziś? Plażowanie na Snæfellsnes! Ale najpierw wybraliśmy się do Gatklettur, gdzie znajduje się 2,5 kilometrowa trasa nad samymi klifami, rozciągająca się pomiędzy Arnarstapi a Hellnar. Malowniczy krajobraz, ciekawe formacje skalne, majaczące w oddali góry pokryte śniegiem i cała masa ptactwa wszelkiego rodzaju z szalonymi rybitwami na czele. Tak, tak, o rybitwach (popielatych) będzie jeszcze nie jeden raz, bo czerwiec to czas wysiadywania przez nie jaj i co za tym idzie, ich największej bojowości.




Po takiej lekcji biologii i geografii postanowiliśmy kontynuować dalej nasze odkrywanie Półwyspu Snæfellsnes. O czarnych plażach Islandii słyszeliśmy niejednokrotnie, więc nie mogliśmy ich sobie odpuścić.  
Plaża Djúpalónssandur to nie tylko czarny żwirek (bo piaskiem to bym tego nie nazwała) ale również rozległe pola lawy, czyniące cały krajobraz mocno bajkowym niczym z trylogii Tolkiena, Władca Pierścieni. Dla tych, którzy chcą się wykazać bądź sprawdzić swoją siłę, jak to zwykli robić tamtejsi rybacy w przeszłości, czekają tam cztery kamulce: Fullsterkur ("pełna siła/wytrzymałość") ważący 154 kg, Hálfsterkur ("połowiczna siła/wytrzymałość") - 100 kg, Hálfdrættingur ("słabeusz") - 54 kg i Amlóði ("bezużyteczny") 23 kg. Zbyt wielu śmiałków nie widzieliśmy niestety ale jestem pewna, że takowi się zdarzają :) 
Prócz tego na plaży znajdują się zardzewiałe szczątki starych statków, które bez wątpienia dodają kolorytu tej miejscówce. Osoby lubiące spacery mają dwie opcje do wyboru: "romantyczną" brzegiem oceanu lub "nie z tej ziemi" brzegiem klifów, przez cudowną krainę pól lawy z widokiem na ocean. My oczywiście wybraliśmy opcję drugą, z czego byliśmy bardzo zadowoleni gdyż prócz nas nie spotkaliśmy żadnej innej żywej duszy. Było pięknie!








Ostatnią plażą, na której postanowiliśmy się zatrzymać to Skarðsvík. Dla odmiany piękna turkusowa woda, złoty, mięciutki piasek w uścisku wielkich czarnych skał. I głuptak, siedzący bez ruchu, wygrzewający się w słońcu, jakby czekał aż ktoś zrobi mu zdjęcie :) I wiatr, tak silny i zimny, że przewiał nas stamtąd po 30 minutach.



Na noc zatrzymaliśmy się w rybackim miasteczku Ólafsvík, tak więc zapach mieliśmy przedni - ale człowiek przecież do wszystkiego może się przyzwyczaić więc nie wybrzydzaliśmy. Do tego góry i szumiący wodospad - czego chcieć więcej. Ubraliśmy się ciepło od stóp do głów (nie pamiętam kiedy spałam w czapce, bo skarpetki to akurat nic szczególnego) z nadzieją, że ta noc nie przysporzy nam więcej przygód i z mapą na kolanach planowaliśmy trasę na kolejny dzień. Zachodnie fiordy przed nami!


Kilka zdjęć więcej --> PhotoRys

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

08/09 Pierwsze spotkanie z Afryką... na wyciągnięcie ręki

Plaża w Conil de la Frontera to jedna z piękniejszych piaszczystych plaż w Andaluzji. Szeroka, rozległa, czysta, nieprzeludniona... Postanowiliśmy na niej odpocząć i zażyć upragnionej kąpieli słonecznej w drodze do Algeciras. Woda była nieco chłodniejsza niz w Kadyksie, lecz wspaniałe fale wszystko zrekompensowały (zabawa była przednia). Samo miasteczko wydaje się być ładne (pueblo blanco), niestety nie mieliśmy czasu na zwiedzanie gdyż po drodze planowaliśmy odwiedzić jeszcze Tarifę.

Koty, ślimaki i... Gaudi ;)

Niektórzy z Was zapewne mają tak zwane 'swoje miejsce na ziemi', gdzie mieszkacie lub gdzie wyjeżdżacie bardziej bądź mniej regularnie. Dla nas jest to Hiszpania, odwiedzana przynajmniej raz w roku. Nie zawsze to samo miasto, nie zawsze ten sam region, gdyż chęć poznania i odkrywania jest niezwykle silna i ekscytująca.

Tym razem postanowiliśmy odwiedzić Barcelonę. Co prawda czwarty raz, ale to miasto nigdy nam się nie nudzi. Bajkowa architektura Gaudiego, obłędne zapachy kuchni katalońskiej, plaża i sąsiadujące góry to coś czemu dajemy się uwieść za każdym razem. Bez planu, bez listy miejsc do zobaczenia - ot tak, czwarty raz, czterodniowy spacer ulicami stolicy Katalonii. Pogoda jak na listopad nam dopisała, temperatura oscylowała w granicach 20 stopni, niekiedy kropił deszcz, a czasami słońce dokazywało zza chmur. 

Pierwsze koty za płoty

Słoneczny stan USA, słynący z parków rozrywki, pięknych plaż i aligatorów. Dom Myszki Miki, manatów i kubańskich imigrantów. Miejsce gdzie w 1946 roku wymyślono mrożony, skoncentrowany sok pomarańczowy. Jeden z najbardziej siwych stanów w całej Ameryce, gdzie 19.1% populacji to osoby w wieku 65 lat i starsze. Floryda, to tutaj zaczęliśmy naszą wymarzoną podróż po Stanach Zjednoczonych. Dlaczego akurat tutaj? Powód był bardzo prozaiczny. Nasz strat był mocno zdeterminowany przez zakup kampera, a po lekturze przeróżnych blogów podróżniczych i for internetowych, rozpatrując wszystkie za i przeciw, okazało się, że na Florydzie powinno pójść nam całkiem gładko ze wszelkimi formalnościami rejestracyjnymi i ubezpieczeniowymi (o tym jak nam poszło pisałam już w dwóch poprzednich postach TUTAJ i TUTAJ).