Przejdź do głównej zawartości

Wodna kraina, Klan Tang i panorama z Victoria Peak

Czas umykał przez palce z każdym dniem wypełnionym po brzegi wszelkimi atrakcjami. 4 tygodnie minęły niewiadomo kiedy a uczucie niedosytu wciąż doskwierało. Przedostatni dzień naszego najdłuższego jak do tej pory urlopu spędziliśmy równie intensywnie jak większość poprzednich (poza słodkim lenistwem na Hainan). Znów chcąc uciec od zgiełku i gwaru Hong Kongu szukaliśmy odpowiedniego miejsca. 



Wybór padł na Wetland Park, 61 hektarowy park usytuowany na jednej z najważniejszych tras migracji ptaków w Azji. Istna gratka dla ornitologów, fotografów przyrodniczych i innych fanów fauny i flory. Już na dzień dobry od samego wejścia wita nas Pui Pui, krokodyl słonowodny znaleziony w 2003 roku w rzece Shan Pui w części północno-zachodniej Nowych Terytoriów Hong Kongu. Imię Pui Pui zostało nadane tej kokodylej samicy drogą głosowania z 1,600 głosów i znaczy nie co innego jak "cenna".
Po przywitaniu się z "maskotką" parku cały kompleks jest do naszej dyspozycji, strumienie, jeziora, wodne rośliny, las namorzynowy i dzikie stwory:  poskoczki mułowe, kraby, kolorowe żuczki, motyle i oczywiście ptaki. Usytuowane w różnych miejscach drewniane budki ułatwiają obserwację co bardziej płochliwych okazów. 









Naszą uwage natomiast przykuła ilość fotografów i sprzętów jaką mieli ze sobą - wypełnione po brzegi walizki na kółkach ze statywami, olbrzymimi obiektywami... wow, to naprawdę robiło niesamowite wrażenie.



W pobliżu parku znajduje się Kat Hing Wai - niewielki bo 100 metrów na 90 metrów ogrodzony teren - miejsce zamieszkania klanu Tang (czyżbyśmy odkryli skąd Wu Tang Clan zaczerpnął swoją nazwę?) jak również ludności Hakka. Jest to malutkie miejsce, do którego dostępu strzeże wielki, wysoki mur i stalowa brama oraz staruszki Hakka pobierające opłatę wstępu w wysokości 3 HKD. Miejsce wspaniałe i tajemnicze z bardzo wąskimi zakamarkami, ukwieconymi miniaturowymi patiami, suszącym się praniem, małą buddyjską świątnią i codziennym życiem - ale nie tym tłocznym z wielkiego, bogatego i konsumpcyjnego Hong Kongu, a zwykłym, trochę wolniejszym, gdzie zawsze znajdzie się czas na rozmowę z drugim człowiekiem.







Koniec naszych wspaniałych chińskich wakacji postanowiliśmy uczcić przepyszną kolacją na Victoria Peak. Nie pisałam wcześniej o wjeździe starym tramwajem na górę Wiktorii, bo niestety za dnia, kiedy to pierwszy raz tam wjechaliśmy, jak zwykle pogoda nam nie dopisała (czyt. mgła jak na Tianmen czy Tain Tan) więc postanowiłam Was już więcej nie zanudzać. Bilet kosztuje 70HKD i niekiedy trzeba trochę swoje odstać w kolejce do kasy, a sam wjazd chyba pod kątem 45 stopni robi wrażenie i daje złudzenie optyczne, że wszystkie wierzowce stoją krzywo. 
Tym razem zdecydowalismy się na zwykły autobus nr 15 ze stacji metra Admirality (koszt 9.80 HKD). Widok z góry był naprawdę spektakularny - pięknie oświetlone wieżowce i cała panorama Hong Kongu na do widzenia dla nas. Kolacja z owoców morza w restauracji The Peak Lookout - niebo w gębie i moment, który będziemy wspominać do końca życia. To była nasza najdalsza i najdłuższa jak do tej pory wyprawa. Mieliśmy wiele oczekiwań z nią związanych i wielkie nadzieje, które nie okazały się być płonne. Czas nam pokazał, że strach ma tylko wielkie oczy i że nie ma barier, których nie da się pokonać - wystarczy troche odbrych chęci.





Już następnego dnia, pojechaliśmy na chwilkę na Tsim Sha Tsui pożegnać sie z Brucem Lee i po chwili spakowani i objuczeni plecakami byliśmy już w metrze jadącym na lotnisko.
Żegnaj Kong Kong, żegnajcie Chiny - do zobaczenia!




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

08/09 Pierwsze spotkanie z Afryką... na wyciągnięcie ręki

Plaża w Conil de la Frontera to jedna z piękniejszych piaszczystych plaż w Andaluzji. Szeroka, rozległa, czysta, nieprzeludniona... Postanowiliśmy na niej odpocząć i zażyć upragnionej kąpieli słonecznej w drodze do Algeciras. Woda była nieco chłodniejsza niz w Kadyksie, lecz wspaniałe fale wszystko zrekompensowały (zabawa była przednia). Samo miasteczko wydaje się być ładne (pueblo blanco), niestety nie mieliśmy czasu na zwiedzanie gdyż po drodze planowaliśmy odwiedzić jeszcze Tarifę.

Ach... leniem być!

Nasza wyprawa do Chin nie była w założeniu wyprawą ekstremalną, nie planowaliśmy przez całe 4 tygodnie przemierzać rozmaite trasy wysokogórskie ani też spędzić tego czasu wyłącznie w wielkich aglomeracjach miejskich. Mówcie co chcecie, ale przemieszczanie się z jednego miasta do drugiego co parę dni bywa męczące, a nadmiar wrażeń trochę przytłaczający. Na ten wyjazd czekaliśmy praktycznie cały rok i od samego początku wiedzieliśmy, że bedziemy chcieli spędzić jeden tydzień na robieniu NIC. Wybór padł na wyspę Hainan położoną na Morzu Południowochińskim, zwaną przez niektórych chińskimi Hawajami. Tropikalny klimat, temperatury między 25 a 30 stopni Celsjusza, woda, plaża - tego właśnie było nam trzeba.  Aby dostać się do Sanya (miasta na południu wyspy) z Zhangjiajie najpierw czekała nas 13-sto godzinna podróż pociągiem (na szczęście w nocy) a potem 1,5 godzinny lot. Oczywiście po opuszczeniu lotniska trzeba uważać na naciągaczy, którzy bardzo chętnie nas zawiozą do centrum za cenę 2x w…

Pierwsze koty za płoty

Słoneczny stan USA, słynący z parków rozrywki, pięknych plaż i aligatorów. Dom Myszki Miki, manatów i kubańskich imigrantów. Miejsce gdzie w 1946 roku wymyślono mrożony, skoncentrowany sok pomarańczowy. Jeden z najbardziej siwych stanów w całej Ameryce, gdzie 19.1% populacji to osoby w wieku 65 lat i starsze. Floryda, to tutaj zaczęliśmy naszą wymarzoną podróż po Stanach Zjednoczonych. Dlaczego akurat tutaj? Powód był bardzo prozaiczny. Nasz strat był mocno zdeterminowany przez zakup kampera, a po lekturze przeróżnych blogów podróżniczych i for internetowych, rozpatrując wszystkie za i przeciw, okazało się, że na Florydzie powinno pójść nam całkiem gładko ze wszelkimi formalnościami rejestracyjnymi i ubezpieczeniowymi (o tym jak nam poszło pisałam już w dwóch poprzednich postach TUTAJ i TUTAJ).