Przejdź do głównej zawartości

W wielkim korku do Cork

W Irlandii mieszkamy parę lat i już co nieco udało nam się zobaczyć poza Dublinem. Tak się do tej pory składało, że albo wyjeżdżaliśmy na północ, albo na zachód wyspy. Najbliższe okolice stolicy też są nam całkiem dobrze znane. Niejednokrotnie rozmawialiśmy o tym że musimy pojechać na południe i zobaczyć drugie największe miasto zielonej wyspy, Cork.  Często tak jest, że z takich rozmów zupełnie nic nie wynika, a plany zostają zepchnięte w daleką, bliżej nieokreśloną przyszłość. Tym razem od teoretyzowania przeszliśmy do czynów, a że zbiegiem okoliczności pojawiła się ciekawa oferta noclegu na Living Social postanowiłam dłużej nie zwlekać. Wyjazd w piątek, powrót w niedzielę, przewidywany czas podróży ok. 2,5 godziny - naszym pierdzikółkiem 3 godziny z małym hakiem - to plan idealny na krótki city break. W rezultacie na miejsce udało nam się dojechać późnym wieczorem po przeszło 4 godzinach, wzmożony ruch na wyjeździe z miasta, do tego roboty drogowe i deszcz, ogólnie nic nam nie sprzyjało ale nie pozwoliliśmy aby takie drobnostki zepsuły nam iście weekendowe nastroje. 
Cork, podobnie jak Dublin, to jedna główna ulica zakupowa, niska zabudowa, typowe irlandzkie domki i właściwie nic poza tym. W samym centrum z pewnością warto odwiedzić English Market, jeden z najstarszych tego typu zadaszonych rynków na świecie, powstały w 1788 roku. Możecie tam znaleźć produkty spożywcze z przeróżnych części Europy. My takie miejsca bardzo lubimy i zazwyczaj zaopatrujemy się w nich w przepyszne włoskie i francuskie sery, świeże oliwki, owoce i chrupiący, domowy chleb.





Po szybkich oględzinach centrum postanowiliśmy zobaczyć neogotycką Katerdrę Św. Fin Barra, górującą nad Cork. Wybudowana pomiędzy 1865 a 1870 rokiem, została poświęcona tuż przed rozpadem Kościoła Irlandzkiego, w dniu Św. Andrzeja - 30 listopada 1870 roku. W związku z tym, że Katedra utrzymywana jest dzisiaj wyłącznie z datków mieszkańców, aby wejść do środka trzeba zapłacić €5. Chyba nie jest to wygórowana cena, zważywszy na rozmiary całej budowli i niewątpliwie wysokie koszty jej utrzymania i konserwacji. Na szczególną uwagę z pewnością załugują wybudowane w 1870 roku organy, które dla odmiany znajdują się na ziemi, w przeszło czterometrowym szybie. Składają się one z 3012 piszczałek, 4 klawiatur i 56 pedałów. Konsola organisty jest również usytuowana w miejscu ogólnodostępnym co pozwala na dokładne zobaczenie tych wszystkich przycisków, pokręteł i guziczków.



Po kilku godzinach spędzonych w Cork postanowiliśmy uciec czym predzej i udać się do oddalonego o niecałe 24 kilometry Cobh, skąd 11 kwietnia 1912 roku wypłynął w swój ostatni rejs Titanic. Tak, to własnie w Cobh, wówczas Queenstown, wielki brytyjski transatalantyk zacumował po raz ostatni przed swoją finalną podróżą do Nowego Jorku. Zaledwie 3 dni później, w nocy z 14 na 15 kwietnia zderzył się z górą lodową i jak wszyscy wiemy, zatonął. Dziś w tym samym budynku, bedącym przeszło 100 lat temu siedzibą White Star Line, znajduje się Titanic Experience, gdzie możemy przenieść się w czasie i spróbowac sobie wyobrazić te emocje towarzyszące pasażerom przed ich wielką i dla niektórych, niestety ostatnią wyprawą morską. Bilet wstępu to karta pokładowa z fikcyjnym imieniem i przyporządkowaną klasą. Daniel wcielił się w Daniela Buckley, lat 21 (szczęściarz) z klasy 2, a ja w niejaką Catherine Bourke, lat 32 z klasy 3. Cały tour to wycieczka po kajutach statku, począwszy od klasy 3 po klasę 1, pokaz filmu z cyfrową symulacją katastrofy i multimedialna ekspozycja z przeróżnymi ciekawostkami dotyczącymi rejsu jak i samego statku.


model Titanic'a w Titanic Experience
oryginalny pomost, z którego łodzie zabierały pasażerów na pokład Titanica, zacumowanego kilometr dalej

Cobh to miasteczko, które w lecie musi wyglądać wspaniale i tętnić życiem. My byliśmy tam w lutym a i tak bardzo nam się podobało. Małe kolorowe domki, kutry i rybackie sieci a do tego górująca nad całością francusko-gotycka Katedra Św. Colmana.




Drugiego dnia wybraliśmy się do ogrodów i zamku Blarney, 60-cio akrowego parku, kryjącego bardzo wiele ciekawostek. W zamku, na samej wieży znajduje się słynny kamień, ktory należy pocałować! Po tej czynności zostaniecie obdarzeni elokwencją do końca życia, a na dowód tego po zejściu na dół możecie otrzymać certyfikat ze zdjęciem, będący poświadczeniem, że byliście na tyle odważni i ów kamień pocałowaliście :) Prócz samego zamku warte uwagi są: ogród wodny z kolejną mistyczną historią w tle i kamieniem czarownic, trujący ogórd z roślinami niczym z Harrego Pottera, ogród paproci, leśne ścieżki, jezioro, murowane iglo i wiele wiele innych, o których istnieniu sami musicie się przekonać jeżeli choć trochę wzbudziliśmy Waszą ciekawość. Naprawdę warto!







Komentarze

Popularne posty z tego bloga

08/09 Pierwsze spotkanie z Afryką... na wyciągnięcie ręki

Plaża w Conil de la Frontera to jedna z piękniejszych piaszczystych plaż w Andaluzji. Szeroka, rozległa, czysta, nieprzeludniona... Postanowiliśmy na niej odpocząć i zażyć upragnionej kąpieli słonecznej w drodze do Algeciras. Woda była nieco chłodniejsza niz w Kadyksie, lecz wspaniałe fale wszystko zrekompensowały (zabawa była przednia). Samo miasteczko wydaje się być ładne (pueblo blanco), niestety nie mieliśmy czasu na zwiedzanie gdyż po drodze planowaliśmy odwiedzić jeszcze Tarifę.

Koty, ślimaki i... Gaudi ;)

Niektórzy z Was zapewne mają tak zwane 'swoje miejsce na ziemi', gdzie mieszkacie lub gdzie wyjeżdżacie bardziej bądź mniej regularnie. Dla nas jest to Hiszpania, odwiedzana przynajmniej raz w roku. Nie zawsze to samo miasto, nie zawsze ten sam region, gdyż chęć poznania i odkrywania jest niezwykle silna i ekscytująca.

Tym razem postanowiliśmy odwiedzić Barcelonę. Co prawda czwarty raz, ale to miasto nigdy nam się nie nudzi. Bajkowa architektura Gaudiego, obłędne zapachy kuchni katalońskiej, plaża i sąsiadujące góry to coś czemu dajemy się uwieść za każdym razem. Bez planu, bez listy miejsc do zobaczenia - ot tak, czwarty raz, czterodniowy spacer ulicami stolicy Katalonii. Pogoda jak na listopad nam dopisała, temperatura oscylowała w granicach 20 stopni, niekiedy kropił deszcz, a czasami słońce dokazywało zza chmur. 

Pierwsze koty za płoty

Słoneczny stan USA, słynący z parków rozrywki, pięknych plaż i aligatorów. Dom Myszki Miki, manatów i kubańskich imigrantów. Miejsce gdzie w 1946 roku wymyślono mrożony, skoncentrowany sok pomarańczowy. Jeden z najbardziej siwych stanów w całej Ameryce, gdzie 19.1% populacji to osoby w wieku 65 lat i starsze. Floryda, to tutaj zaczęliśmy naszą wymarzoną podróż po Stanach Zjednoczonych. Dlaczego akurat tutaj? Powód był bardzo prozaiczny. Nasz strat był mocno zdeterminowany przez zakup kampera, a po lekturze przeróżnych blogów podróżniczych i for internetowych, rozpatrując wszystkie za i przeciw, okazało się, że na Florydzie powinno pójść nam całkiem gładko ze wszelkimi formalnościami rejestracyjnymi i ubezpieczeniowymi (o tym jak nam poszło pisałam już w dwóch poprzednich postach TUTAJ i TUTAJ).