Przejdź do głównej zawartości

Chińskie pasteis de nata i hazardowe parasolki :)

Pogoda już z samego rana nie zapowiadała się kolorowo. Grafik był coraz bardziej napięty, prognozy na kolejne dni też nie napawały optymizmem. Ciepło, około 25 - 30 stopni ale pochmurnie i trochę deszczowo. Żaden dramat więc postanowiliśmy nie zmieniać planów i z samego rana udaliśmy się na prom, by w towarzystwie dławiących się i wymiotujących chińczyków, po godzinie bujnej podróży, znaleźć się w Makao (swoją drogą wyobrażacie sobie, że mając chorobę morską codziennie musicie tak podróżować do pracy??). 
Jeszcze będąc w Sanya nasłuchaliśmy się, że do Makao nie ma po co jechać - szczególnie, że byliśmy już w Portugalii. Dwie ulice na krzyż, kasyna i właściwie to tyle... takie właśnie opinie docierały do nas na temat tego specjalnego regionu administracyjnego Chińskiej Republiki Ludowej. Nie jesteśmy fanami gier hazardowych, nie szukaliśmy też Portugalii w Chinach, ale oboje bardzo chcieliśmy tam pojechać i zobaczyć jakie to Makao jest.



Rzeczywiście architektura mocno przypomina tę z południa Europy, a biało-czarne brukowane chodniki są niemal identyczne z tymi z samej Lizbony. Główna ulica Rua Central i prowadząca do ruin Katedry Św. Pawła Rua Mercadores to jedne z najbardziej ruchliwych ulic - tłumy ludzi podążających w jednym, wiadomym kierunku. Po drodze sklepy z pamiątkami, prasowanym mięsem, słodyczami i oczywiście pasteis de nata. Nie mogliśmy oprzeć się pokusie i chęci porównania słynnych portugalskich babeczek z, podobno takimi samymi, chińskimi. No cóż... to jednak nie było to samo :( Na szczęście kasztany smakowały tak dobrze jak te z paryskiego pl. Pigalle ;)




Ruiny katedry to właściwie frontowa elewacja i prowadzące do niej schody. Katedrę zniszczył pożar, który wybuchł w skutek tajfunu w roku 1835. W 2005 roku ocalała fasada została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO i do dnia dzisiejszego przyciąga tłumy turystów. Nie ma się co dziwić, gdyż ta samotnie stojąca, barokowa ściana wygląda naprawdę imponująco i pozostawia ogromne pole wyobraźni.



Ze szczytu schodów rozpościera się widok na nowszą część miasta i na górujące nad nim kasyno Grand Lisboa. Pokusa niemalże nie do odparcia dla lubiących wysoki poziom adrenaliny i posiadających grube portfele. Ale do tego jeszcze wrócimy.




Tak więc kasyna, kasynami... katedry, katedrami... ale nie ma to jak spacer po mieście, troszkę dalej od tłumów i głównych atrakcji. Siąpiący nieustannie deszcz nie odpuszczał, ale my też pozostaliśmy twardzi i nie daliśmy się zapędzić pod żaden dach. I tak dotarliśmy na cmentarz!



Seledynowe ogrodzenie i seledynowy mały kościółek - tak na pierwszy rzut oka przedstawia się katolicki Cmentarz Św. Michała Archanioła. Ukwiecone groby w samym środku betonowego blokowiska to najstarsze miejsce wiecznego spoczynku mieszkańców Makao.



Niedaleko cmentarza znajduje się, wybudowany w XIX w Ogród Lou Lim leoc. Typowy chiński park z oczkami wodnymi, kwiatami lotosu, złotymi rybkami, chińskimi pawilonami i mostkami.





Niestety ze względu na pogodę i zamkniętą kolejkę linową nie udało nam się wjechać na wzgórze Guia, więc na sam koniec postanowiliśmy udać się do kasyna. Skoro byliśmy w Makao, nie mogliśmy odmówić sobie tej "przyjemności". Osobiście liczyłam na jednorękich bandytów lub ruletkę, z cichą nadzieją wygrania kilku dolarów. Wnętrze kasyna Lisboa to kilkupiętrowa, luksusowa przestrzeń, ze złotymi wykończeniami i marmurowymi kolumnami. Po środku każdego piętra, na podwyższeniu znajdują się stoły do gry, a po bokach sklepy z drogą biżuterią i zegarkami, gdzie w trybie ekspresowym możemy się pozbyć wygranej. Niestety jak się okazało do wyboru mieliśmy jedynie gry karciane, a że żadne z nas szczęścia w kartach jako tako nie ma (wiadomo, lepiej mieć szczęście w czymś innym... ;)) smak wielkiej wygranej pozostał nam nieznany. Z kasyna jednak nie wyszlismy z pustymi rękami. Po krótkiej wymianie zdań na temat pogody z panią w szatni, nie wydając ani centa, wyszliśmy bogatsi o dwie piękne parasolki!



Nasze pierwsze odczucia z Makao były z goła inne niż z Hong Kongu. Nie żałujemy i uważamy, że jednak było warto spędzić tam ten dzień. Być może po wrażeniu przytłoczenia i lekkich objawach klaustrofobicznych jakie mieliśmy w Hong Kongu, Makao dało nam na chwilę odetchnąć i nabrać dystansu. Być może udało nam się odnaleźć małą cząstkę Portugalii w wielkich Chinach, której klimat tak bardzo lubimy. A może najzwyczajniej w świecie Makao przypadło nam do gustu, ot tak, bez powodu.


Komentarze

  1. Magnifique visite des lieux !J'aime beaucoup tes photos!
    Très bon week-end à toi !

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Podobał Ci się ten wpis? Masz coś do dodania bądź chcesz o coś zapytać? Będzie nam bardzo miło, jeśli zostawisz swój komentarz :)

Popularne posty z tego bloga

08/09 Pierwsze spotkanie z Afryką... na wyciągnięcie ręki

Plaża w Conil de la Frontera to jedna z piękniejszych piaszczystych plaż w Andaluzji. Szeroka, rozległa, czysta, nieprzeludniona... Postanowiliśmy na niej odpocząć i zażyć upragnionej kąpieli słonecznej w drodze do Algeciras. Woda była nieco chłodniejsza niz w Kadyksie, lecz wspaniałe fale wszystko zrekompensowały (zabawa była przednia). Samo miasteczko wydaje się być ładne (pueblo blanco), niestety nie mieliśmy czasu na zwiedzanie gdyż po drodze planowaliśmy odwiedzić jeszcze Tarifę.

Ach... leniem być!

Nasza wyprawa do Chin nie była w założeniu wyprawą ekstremalną, nie planowaliśmy przez całe 4 tygodnie przemierzać rozmaite trasy wysokogórskie ani też spędzić tego czasu wyłącznie w wielkich aglomeracjach miejskich. Mówcie co chcecie, ale przemieszczanie się z jednego miasta do drugiego co parę dni bywa męczące, a nadmiar wrażeń trochę przytłaczający. Na ten wyjazd czekaliśmy praktycznie cały rok i od samego początku wiedzieliśmy, że bedziemy chcieli spędzić jeden tydzień na robieniu NIC. Wybór padł na wyspę Hainan położoną na Morzu Południowochińskim, zwaną przez niektórych chińskimi Hawajami. Tropikalny klimat, temperatury między 25 a 30 stopni Celsjusza, woda, plaża - tego właśnie było nam trzeba.  Aby dostać się do Sanya (miasta na południu wyspy) z Zhangjiajie najpierw czekała nas 13-sto godzinna podróż pociągiem (na szczęście w nocy) a potem 1,5 godzinny lot. Oczywiście po opuszczeniu lotniska trzeba uważać na naciągaczy, którzy bardzo chętnie nas zawiozą do centrum za cenę 2x w…

Pierwsze koty za płoty

Słoneczny stan USA, słynący z parków rozrywki, pięknych plaż i aligatorów. Dom Myszki Miki, manatów i kubańskich imigrantów. Miejsce gdzie w 1946 roku wymyślono mrożony, skoncentrowany sok pomarańczowy. Jeden z najbardziej siwych stanów w całej Ameryce, gdzie 19.1% populacji to osoby w wieku 65 lat i starsze. Floryda, to tutaj zaczęliśmy naszą wymarzoną podróż po Stanach Zjednoczonych. Dlaczego akurat tutaj? Powód był bardzo prozaiczny. Nasz strat był mocno zdeterminowany przez zakup kampera, a po lekturze przeróżnych blogów podróżniczych i for internetowych, rozpatrując wszystkie za i przeciw, okazało się, że na Florydzie powinno pójść nam całkiem gładko ze wszelkimi formalnościami rejestracyjnymi i ubezpieczeniowymi (o tym jak nam poszło pisałam już w dwóch poprzednich postach TUTAJ i TUTAJ).