Przejdź do głównej zawartości

Ach... leniem być!

Nasza wyprawa do Chin nie była w założeniu wyprawą ekstremalną, nie planowaliśmy przez całe 4 tygodnie przemierzać rozmaite trasy wysokogórskie ani też spędzić tego czasu wyłącznie w wielkich aglomeracjach miejskich. Mówcie co chcecie, ale przemieszczanie się z jednego miasta do drugiego co parę dni bywa męczące, a nadmiar wrażeń trochę przytłaczający. Na ten wyjazd czekaliśmy praktycznie cały rok i od samego początku wiedzieliśmy, że bedziemy chcieli spędzić jeden tydzień na robieniu NIC. Wybór padł na wyspę Hainan położoną na Morzu Południowochińskim, zwaną przez niektórych chińskimi Hawajami. Tropikalny klimat, temperatury między 25 a 30 stopni Celsjusza, woda, plaża - tego właśnie było nam trzeba. 
Aby dostać się do Sanya (miasta na południu wyspy) z Zhangjiajie najpierw czekała nas 13-sto godzinna podróż pociągiem (na szczęście w nocy) a potem 1,5 godzinny lot. Oczywiście po opuszczeniu lotniska trzeba uważać na naciągaczy, którzy bardzo chętnie nas zawiozą do centrum za cenę 2x wyższą niż standardowa taksówka. Zawsze dobrze jest wcześniej sprawdzić ile taki przejazd powinien kosztować, wtedy z góry jesteśmy na wygranej pozycji. 

Na ten tydzień prawdziwego leniuchowania postanowiliśmy zatrzymać się w Sanya Backpackers Hostel i był to zdecydowanie strzał w 10tkę. Hostel prowadzony jest przez singapurczyka Chrisa, jego przecudowną żonę Lindę i witającego wszystkich przy wejściu psa - Mimi. Czysto, bardzo bezpiecznie i niezwykle gościnnie, czuliśmy się tam jak w odwiedzinach u rodziny. 
Cały tydzień upłynął nam na leniuchowaniu, wygrzewaniu zbolałych mięśni (zakwasy po Zhangjiajie trzymały parę dni), zajadaniu się przeróżnymi egzotycznymi owocami (tymi morza również), kąpielami w cieplutkim morzu i długich wieczornych rozmowach z poznanymi w hostelu podróżnikami z całego świata. 
A co, poza wyżej wymienionymi "aktywnościami", można jeszcze robić na Hainan? 
Można się wybrać do Nanshan Cultural Tourism Zone, oddalonego o około 65 kilometrów od Sanya parku/ośrodka buddyzmu. Jest to coś na kształt tematycznego parku rozrywki i kultury buddyjskiej, zbudowane głownie z myślą o turystach. Ogrody, świątynie, modlitewne dzwony i pojawiająca się na licznych zdjęciach z wyspy Hainan, 108 metrowa statua bogini Kwan-yin (podobno jedna z najwyższych wolno stojących). Do tego, dla umilenia spędzonego w parku czasu, możemy tam znaleźć liczne restauracje oraz sklepy z dewocjonaliami, pamiątkami i ubraniami. Jak się okazuje na miejscu, mało jest w tym wszystkim religii, duchowieństwa czy medytacji i nawet wydobywająca się z umieszczonych w całym parku głośników, odpowiednia muzyka nie nastraja do oddania się modlitwie.







Kolejnym miejscem do odwiedzenia może być park zlokalizowany na wzgórzu Luhuitou. Sanya niekiedy jest nazywana miastem jelenia, a Luhuitou znaczy mniej więcej: "jeleń odwracający głowę". Legenda głosi, że podczas polowania młody myśliwy, zapędziwszy jelenia w miejsce bez ucieczki ujrzał jak zwierze odwraca do niego głowę i przemienia się w piękną dziewczynę. Oczywiście chłopak zakochuje się bez pamięci, a po dziś dzień wzgórze uważane jest za miejsce zakochanych. Romantycznie, prawda? Prócz pięknych widoków na miasto i morze, herbaciarni i sklepów są tam: ściana miłości, las wiosenny, wieża miłości, drzewo par i tym podobne atrakcje. Na samym szczycie znajduje się pomnik przedstawiający bohaterów legendy. Dużym minusem jest tak zwany ogród jeleni gdzie zwierzęta są trzymane na betonowym wybiegu, bez dostępu do trawy i drzew. Chętni turyści mogą wejść do środka i zrobić sobie "ładne" zdjęcie z dzikim zwierzem. Widok jak dla mnie przerażający i od razu pożałowałam, że staliśmy się cześcią tego procederu kupując bilet wstępu.






  


Sanya to miasto zatok: Sanya, Haitang, Dadonghai, Yalong, Yulin, do wyboru do koloru. My urzędowaliśmy w zatoce Dadonghai, królestwie turystów z Rosji. Tutaj wszystkie resorty, restauracje i sklepy swoją ofertę kierują do naszych zamożnych sąsiadów. Menu w każdej jadłodajni, od tej eleganckiej po tą przydrożną, jest po chińsku i rosyjsku. Podstawowa komunikacja też może się odbyć w języku rosyjskim, także dla mnie była to niezła gratka by po wieloletniej przerwie odświeżyć sobie ten niezbyt lubiany przeze mnie język. Dla odmiany zatoka Sanya wygląda zupełnie inaczej. Mocno rozbudowywane wybrzeże, roboty drogowe, nowe luksusowe hotele to zdecydowanie plan na przyszłość. Na plaży tłoku nie ma bo chińczycy nie lubią się opalać (kult jasnej karnacji), piasek zbity i twardy niczym beton (zupełnie inaczej niż w Dadonghai). To co nas zaskoczyło to tysiące jak nie miliony małych krabów grzebiących swoje norki. Dosłownie cała plaża pokryta jest masą otworków, z których raz po raz wyglądają strachliwe skorupiaki.





Wyspa Hainan to też lasy deszczowe. Najbliższy jaki mogliśmy odwiedzić to Yanoda Rainforest. Niestety aby tam dojechać musielibyśmy skorzystać z opcji wyjazdu zorganizowanego przez jeden z hoteli. Nie dość, że cena była wygórowana to jeszcze po zapoznaniu się z broszurką uznaliśmy, że wizyta w kolejnej Tourism Zone nie bardzo nas interesuje.
Po tygodniowej labie, wygrzewaniu się na słońcu i godzinach spędzonych w morzu udaliśmy się w stronę Hong Kongu, ale o tym następnym razem :)

Z informacji praktycznych:
Nanshan Cultural Tourism Zone - ¥150/os (dojazd z Dadonghai Bay - autobus nr 8 - ¥10/os)
Luhuitou Peak - ¥45/os (kolejka obwoźna na szczyt wzgórza ¥15/os)

Komentarze

Prześlij komentarz

Podobał Ci się ten wpis? Masz coś do dodania bądź chcesz o coś zapytać? Będzie nam bardzo miło, jeśli zostawisz swój komentarz :)

Popularne posty z tego bloga

08/09 Pierwsze spotkanie z Afryką... na wyciągnięcie ręki

Plaża w Conil de la Frontera to jedna z piękniejszych piaszczystych plaż w Andaluzji. Szeroka, rozległa, czysta, nieprzeludniona... Postanowiliśmy na niej odpocząć i zażyć upragnionej kąpieli słonecznej w drodze do Algeciras. Woda była nieco chłodniejsza niz w Kadyksie, lecz wspaniałe fale wszystko zrekompensowały (zabawa była przednia). Samo miasteczko wydaje się być ładne (pueblo blanco), niestety nie mieliśmy czasu na zwiedzanie gdyż po drodze planowaliśmy odwiedzić jeszcze Tarifę.

Pierwsze koty za płoty

Słoneczny stan USA, słynący z parków rozrywki, pięknych plaż i aligatorów. Dom Myszki Miki, manatów i kubańskich imigrantów. Miejsce gdzie w 1946 roku wymyślono mrożony, skoncentrowany sok pomarańczowy. Jeden z najbardziej siwych stanów w całej Ameryce, gdzie 19.1% populacji to osoby w wieku 65 lat i starsze. Floryda, to tutaj zaczęliśmy naszą wymarzoną podróż po Stanach Zjednoczonych. Dlaczego akurat tutaj? Powód był bardzo prozaiczny. Nasz strat był mocno zdeterminowany przez zakup kampera, a po lekturze przeróżnych blogów podróżniczych i for internetowych, rozpatrując wszystkie za i przeciw, okazało się, że na Florydzie powinno pójść nam całkiem gładko ze wszelkimi formalnościami rejestracyjnymi i ubezpieczeniowymi (o tym jak nam poszło pisałam już w dwóch poprzednich postach TUTAJ i TUTAJ).