Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z 2014

Zwolniliśmy tempo

Tak to już bywa, że kiedy pracuje się na etacie i do dyspozycji ma się zaledwie 23 dni urlopu rocznie, na te upragnione 2 tygodnie wolnego czeka się z wielką niecierpliwością. Zamiast odpoczywać - pędzi się na złamanie karku, odhacza miejsca, które planowało się zobaczyć i nie odrywa aparatu od oka, a na koniec szybko się zapomina co się widziało, przeżyło i smakowało. Dlatego cenimy sobie te niespieszne poranki, kiedy nie musimy wstawać razem z kurami, kiedy mamy czas na wspólne śniadanie i na dzielenie się wrażeniami z poprzedniego dnia. 

Taaaka ryba...

Dzień pełen wrażeń podczas pobytu na Islandii to już żadna nowość. Wodospady, gejzery, cuda, dziwy nie z tej ziemii. I pytamy siebie, jak mamy upchać te wszystkie cudowności w 2-tygodniowe ramy i nie mieć niedosytu? Odpowiedź jest prosta - nie da się! Więc po jakimś czasie odpuszcza spięcie 4 liter i cieszymy się chwilą, ułamkiem sekundy, promieniem niezachodzącego słońca i wszystkim tym co nas otacza. Nie chcemy kolejnego dnia spędzać w samochodzie więc po drodze do Húsavíku zatrzymujemy się tylko przy wodospadzie bogów - Goðafoss. Był piękny słoneczny poranek - na tyle wcześnie, że mogliśmy cieszyć się samotnością we dwoje przez około 30 minut :) Po tym czasie, na parking podjechał autokar z wycieczką podekscytowanych emerytów, co skutecznie nas przegoniło, ale też pozwoliło na szybkie dojechanie do Húsavíku. 



Látrabjarg - mym prezentem urodzinowym

Látrabjarg to najbardziej wysunięty na zachód punkt Islandii ale także największe "ptasie klify" w Europie - 440 metrów wysokości i 14 kilometrów długości. Ten olbrzymi apartament zamieszkują miliony morskich ptaków, alki, rybitwy, mewy, kormorany i oczywiście maskonury. Liczba ptactwa zmienia się w zależności od sezonu, ale tak się cudnie złożyło, że na przełomie maja i czerwca jest ich tam najwięcej :) Nie mogliśmy więc przegapić takiej okazji i możliwości obserwacji dzikich ptaków podczas gniazdowania w ich naturalnym środowisku. Czy już pisałam, że pobyt na Islandii to jak branie udziału w kręceniu programu przyrodniczego dla National Geographic? Zwarci i gotowi wstaliśmy z samego rana wiedząc, że zapowiada nam się długi dzień. Pogoda jak na zamówienie, piękny widok na fiord Vatnsfjörður i gorąca jajecznica - nie mogłabym sobie wyobrazić lepszego śniadania urodzinowego i piękniejszych okoliczności przyrody niż te, które było dane mi doświadczyć tego dnia.

Droga przez mękę prosto do raju

Trochę pospaliśmy, dłużej niż zakładaliśmy, niestety pogoda co tu dużo pisać, nie zachęcała do wystawienia nawet czubka nosa z namiotu. Plany mieliśmy ambitne ale jak to zwykle bywa, my swoje a życie swoje. Do tej pory jechało nam się znakomicie, droga prosta praktycznie tylko dla nas, bo ruch w Islandii jest naprawdę bardzo mały. Ogólnie czysta przyjemność. Jak się jednak okazało taka sielanka nie może trwać wiecznie i nie myślę tu o drogach Fxxx czy 3-cyfrowych a o głównej drodze nr 1 lub o drogach 2-cyfrowych.



Już nie ma dzikich plaż?

Nasza pierwsza noc w namiocie nie obyła się bez małych katastrof. Do godziny 4.00 spaliśmy jak zabici, jednak chłód panujący na zewnątrz nie pozwolił nam dotrzymać do rana. Kilka warstw ubrań i bluza z merynosów nie wystarczyły by zapewnić nam komfort termiczny, a włożenie do śpiwora kubka z gorącą herbatą, choć skuteczne na chwilę, okazało się być mokre w skutkach ;)
Jajecznica, kanapki z łososiem i gorąca herbata... tak przez następne dwa tygodnie będziemy zaczynać każdy dzień. Z czasem wprowadzimy urozmaicenie w postaci żółtego sera i dżemu jagodowego. Iście królewska uczta, która nie znudzi nam się do samego końca naszej podróży.


W złotym kręgu

Niespieszne dni w Rejkiawiku upłynęły nam na odpoczynku, kosztowaniu islandzkich burgerów, rozmowach, planowaniu i przyglądaniu się otaczającej nas rzeczywistości. Mieliśmy czas by się zrelaksować i wyspać po tygodniach (ciężkiej) pracy. 3 dni to jednak za długo na to miasto i czwartego z kolei nie zamierzaliśmy spędzać na niczym. 
Zaplanowaliśmy pobudkę o 6.00 rano by czym prędzej odebrać samochód i wyruszyć na odkrywanie tych skarbów natury, o których tyle się nasłuchaliśmy przed przyjazdem na Islandię. Do wypożyczalni dojechaliśmy całkiem sprawnie, choć trochę nam to zajęło (autobus krążył po wszystkich możliwych osiedlach). Na miejscu okazało się, że w tej samej cenie dostaniemy trochę większe auto, bo te najmniejsze rozeszły się jak świeże bułeczki. Nie protestowaliśmy, tylko szybko podpisaliśmy umowę, wzięliśmy kluczyki i popędziliśmy z powrotem do studia Dabby by spakować do końca nasze rzeczy i wyruszyć wreszcie w podróż.