Przejdź do głównej zawartości

W krainie Avatara

Narodowy Park Leśny w Zhangjiajie o powierzchni 4,810 hektarów jest zaledwie częścią malowniczego rezerwatu Wulingyuan o łącznej powierzchni 397,5 km². W roku 1982 uznany za pierwszy park leśny w Chinach, w 1992 wpisany na listę dziedzictwa narodowego UNESCO, a w roku 2004 uznany za UNESCO Global Park, po dziś dzień jest domem dla mniejszości etnicznych Miao, Tujia, Hui i Bai.
Przez park przepływa rzeka Souxi tworząc liczne malownicze wodospady i jeziorka, ale to nie one są główną atrakcją przyciągającą rzesze turystów, a formacje wapienne w kształcie ogromnych kolumn będące rezultatem wieloletnich erozji.  




Z pewnością każdy z Was słyszał o filmie Jamesa Camerona "Avatar" i jak przypuszczam, większość z Was nawet go obejrzała. Nie, nie będę się tutaj rozwodzić nad tematyką filmu ani snuć rozważań nad jego świetnością (?) ale zapytam czy pamiętacie tę magiczną scenerię Pandory? Kolory, rośliny i formacje skalne nie z tej ziemi? Producenci i sam reżyser zgodnie potwierdzają, że inspiracją do unoszących się skał były góry z różnych części świata, między innymi z chińskiej prowincji Hunan. Na reakcje władz Narodowego Parku Leśnego w Zhangjiajie (Zhangjianie National Forest Park) nie trzeba było długo czekać. Southern Sky Column - wapienna kolumna o wysokości 1080 m została oficjalnie przemianowana na Avatar Hallelujah Mountain, a słusznych rozmiarów billboardy z podobiznami Na'vi (niebieskimi stworami) i scenami z filmu nieuchronnie stały się częścią parkowego krajobrazu. 


Jednak my nie ze względu na film i inspiracje z nim związane, lecz na same góry zdecydowaliśmy się na przystanek w Zhangjiajie. Po pobycie w Pekinie i Szanghaju pomyśleliśmy, że fajnie będzie dla odmiany poobcować z naturą, a nie z wieżowcami, korkami, metrem i wszystkim tym co charakterystyczne dla wielkich miast. W celu uniknięcia 20-sto godzinnej podróży pociągiem (nawet podczas 4 tygodni urlopu czas jest na wagę złota) zdecydowaliśmy się na przelot samolotem, tak więc podróż z Szanghaju do Zhangjiajie zajęła nam zaledwie 2,5 godziny. Na miejscu musieliśmy stoczyć prawdziwą bitwę z taksówkarzami, którzy desperacko chcieli na nas zarobić podbijając cenę kursu x2, ale wiedząc wcześniej ile mniej więcej powinniśmy zapłacić, wyszliśmy z tego pojedynku zwycięsko! Grunt to konsekwencja i niewzruszony wyraz twarzy ;)
Po dotarciu do hostelu okazało się, że mamy możliwość zmiany rezerwacji i przenocowania w samym parku, na co zdecydowaliśmy się bez chwili zastanowienia. 2-dniowy trekking zapowiadał się naprawdę obiecująco. Wyposażeni w mapę z zaplanowaną trasą, objuczeni ciężkimi plecakami z jedzeniem, wodą i ciepłym ubraniem wyruszliśmy na podbój nieznanego. Oczywiście jak wszędzie w Chinach, tłum tym razem też nie zawiódł. Masa ludzi kłębiła się przy samym wejściu do parku i przy każdej napotkanej po drodze małpie, by móc ją sfotografować lub też zapozować jak małpa z małpą i mieć zdjęcie wspólne. Zorganizowane wycieczki z przewodnikami mówiącymi przez mikrofony, stragany z jedzeniem i innym bazarowym badziewiem, płynące z głośników nawoływania handlarzy zachęcających do zakupów, a do tego rdzenni mieszkańcy zaczepiający niemal każdego turystę by zaoferować nocleg - istny chaos, niczym nie przypominający parku narodowego. Z czasem tłum się przerzedził a cała wspinaczka stała się znacznie przyjemniejsza (pomijając fakt dźwigania ciężkich plecaków). Widoki, w przenośni i dosłownie, powaliły nas na kolana, olbrzymie kolumny wapienne porośnięte gestą roślinnością wyglądają nierealnie, aż ciężko było nam uwierzyć, że natura mogła stworzyć coś tak pięknego. Z każdym kolejnym metrem w górę wyrastają coraz to nowe formacje sięgające aż po horyzont. Nie potrzeba nic mówić, wystarczy tylko znaleźć jakieś ustronne miejsce, przysiąść na kamieniu i chłonąć. Przy okazji krótki odpoczynek nie zawadzi tym bardziej, że kilkugodzinny marsz pod górę może porządnie zmęczyć. 






Po uzyskaniu "wskazówek" od miejscowej ludności, do hostelu postanowiliśmy dojść pieszo. Po kilkudziesięciu minutach marszu zdaliśmy sobie sprawę, że możliwości naszych i tak juz zmęczonych nóg są mocno ograniczone. Po nie wiem ilu nieudanych próbach w końcu udało nam się zatrzymać autobus, który jak się okazało nie jechał w interesującym nas kierunku. Koniec końcem przesiadaliśmy się 2 razy zupełnie nie wiedząc czy uda nam się dojechać na miejsce. Atmosfera zrobiła się troszkę cięższa i dało się wyczuć lekki stres. W głowie już pisałam czarne scenariusze i zastanwiałam się czy mamy wystarczająco ciepłe ubrania by nie zmarznąć w nocy, gdyby przyszło nam spać pod chmurką. Kierowcy autobusów za każdym razem gdy pokazywaliśmy miejsce na mapie, do którego chcemy dojechać twierdząco kiwali głowami zapewniając, że mamy wsiadać. Inni turyści byli również chętni do pomocy ale komunikacja w dwóch różnych językach nie pomagała. Na szczęście i tym razem (czyt. Sūzhōu, ale kanał...! ) opatrzność zesłała nam dwie chinki mówiące w miarę komunikatywnie po angielsku, które pomogły nam trafić do naszego hostelu. Marzyliśmy o porządnej kolacji, ciepłym prysznicu i łóżku, a na miejscu... przysznic i łóżko w porządku tylko jedzenia jakby brak. W całej wiosce nie było żywej duszy, a barak z napisem "Restaurant" wyglądał jakby od lat nikt tam nie zaglądał. Ja wyruszyłam na poszukiwanie jakiegoś sklepu a Daniel w poszukiwaniu kogoś z jadłodajni. Sklep znalazłam, otwarty na oścież tyle tylko, że bez sprzedawcy. Głodna jak wilk, z dwiema chińskim zupkami w ręku, nawołuję, nasłuchuję a w odpowiedzi martwa cisza. Niewiele myśląc zostawiłam na ladzie ¥10 (cen niestety nie było a ja nie miałam pojęcia ile ten "rarytas" może kosztować) i wyszłam. Daniel w między czasie zdołał obudzić kucharza, bo jak się okazało "restauracja" nie była zamknięta, wbić mu się do kuchni, wybrać produkty do jedzenia i uzgodnić kolacyjne menu za pomocą rozmowy przez telefon z kimś kto znał angielski i mógł przetłumaczyć szefowi kuchni co ma nam przyrządzić. W rezultacie dostaliśmy ryż, przesmażoną wołowinę z zieleniną i wodnistą zupę z kawałkami pomidora i wbitym w nią surowym jajkiem (coś jakby jajecznica w zupie). 




Na drugi dzień czekała nas droga powrotna w dół. Szybkie śniadanie dla dodania energii z rana (zupki chińskie to nienajlepszy pomysł :)), krótki przejazd autobusem, tym razem właściwym a potem 8 tysięcy schodów (łącznie z 2 tysiącami z dnia poprzedniego przeszliśmy ich 10 tysięcy!). I choć widoki były przepiękne, i choć wolę schodzić niż wchodzić, wierzcie mi - to bolało... a nogi same zginały się w kolanach, że aż strach było wykonywać kolejny krok. Na mniej wytrwałych co parę metrów czekały nosidła, coś na kształt lektyki ale my postanowiliśmy na własnych nogach zejść do stacji mini-pociągu widokowego. Stamtąd już tylko 30-sto minutowy przejazd wspomnianym tramwajem do wyjścia od strony Wulinyuan. Ze znalezieniem autobusu do Zhangjiajie nie mieliśmy już żadnych problemów i po niecałych 2 godzinach z powrotem byliśmy w mieście. 









Całą wyprawę po dziś dzień wspominamy z uśmiechem na ustach i z pewnością długo jeszcze będziemy o niej pamiętać. Prócz widoków i wrażenia jakie na nas wywarły, tego bólu w nogach, trwającego cały kolejny tydzień nie da się tak szybko zapomnieć :)

Z informacji praktycznych:

Bilet wstępu do Parku Zhangjiajie - ¥248/os (bilet jest ważny 3 dni i objemuje przejazdy wszystkimi autobusami wewnątrz parku; nie da się go odsprzedać gdyż przy wejściu razem z biletem skanowane są odciski palców).

Sightseeing mini train - ¥38/os 

Bailong Elevator - ¥72/os

Tianzi Mountain Cableway - ¥67/os

Mapa Zhangjiajie National Forest Park 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

08/09 Pierwsze spotkanie z Afryką... na wyciągnięcie ręki

Plaża w Conil de la Frontera to jedna z piękniejszych piaszczystych plaż w Andaluzji. Szeroka, rozległa, czysta, nieprzeludniona... Postanowiliśmy na niej odpocząć i zażyć upragnionej kąpieli słonecznej w drodze do Algeciras. Woda była nieco chłodniejsza niz w Kadyksie, lecz wspaniałe fale wszystko zrekompensowały (zabawa była przednia). Samo miasteczko wydaje się być ładne (pueblo blanco), niestety nie mieliśmy czasu na zwiedzanie gdyż po drodze planowaliśmy odwiedzić jeszcze Tarifę.

Koty, ślimaki i... Gaudi ;)

Niektórzy z Was zapewne mają tak zwane 'swoje miejsce na ziemi', gdzie mieszkacie lub gdzie wyjeżdżacie bardziej bądź mniej regularnie. Dla nas jest to Hiszpania, odwiedzana przynajmniej raz w roku. Nie zawsze to samo miasto, nie zawsze ten sam region, gdyż chęć poznania i odkrywania jest niezwykle silna i ekscytująca.

Tym razem postanowiliśmy odwiedzić Barcelonę. Co prawda czwarty raz, ale to miasto nigdy nam się nie nudzi. Bajkowa architektura Gaudiego, obłędne zapachy kuchni katalońskiej, plaża i sąsiadujące góry to coś czemu dajemy się uwieść za każdym razem. Bez planu, bez listy miejsc do zobaczenia - ot tak, czwarty raz, czterodniowy spacer ulicami stolicy Katalonii. Pogoda jak na listopad nam dopisała, temperatura oscylowała w granicach 20 stopni, niekiedy kropił deszcz, a czasami słońce dokazywało zza chmur. 

Pierwsze koty za płoty

Słoneczny stan USA, słynący z parków rozrywki, pięknych plaż i aligatorów. Dom Myszki Miki, manatów i kubańskich imigrantów. Miejsce gdzie w 1946 roku wymyślono mrożony, skoncentrowany sok pomarańczowy. Jeden z najbardziej siwych stanów w całej Ameryce, gdzie 19.1% populacji to osoby w wieku 65 lat i starsze. Floryda, to tutaj zaczęliśmy naszą wymarzoną podróż po Stanach Zjednoczonych. Dlaczego akurat tutaj? Powód był bardzo prozaiczny. Nasz strat był mocno zdeterminowany przez zakup kampera, a po lekturze przeróżnych blogów podróżniczych i for internetowych, rozpatrując wszystkie za i przeciw, okazało się, że na Florydzie powinno pójść nam całkiem gładko ze wszelkimi formalnościami rejestracyjnymi i ubezpieczeniowymi (o tym jak nam poszło pisałam już w dwóch poprzednich postach TUTAJ i TUTAJ).