Przejdź do głównej zawartości

Lengyelek w Budapeszcie


Lengyel, Magyar – két jó barát, együtt harcol, s issza borát


To był krótki wyjazd weekendowy. O Budapeszcie myśleliśmy już od bardzo dawna, ale albo nie było czasu albo bilety były zbyt drogie. W końcu udało się zorganizować krótki wypad w celu małego rozeznania, by być może powrócić na dłużej


dzień wyjazdu okazało się, że zarezerwowany przez nas wcześniej nocleg został odwołany z powodu nieznanych nam przyczyn technicznych. W pośpiechu musieliśmy znaleźć nowy dach nad głową. Lokalizacja, recenzje, cena... nie było czasu aby wszystko przejrzeć. Koniec końcem zatrzymaliśmy się w mocno sfatygowanym mieszkaniu w Dzielnicy Żydowskiej po stronie Pesztu, skąd mieliśmy całkiem blisko do wszystkich najważniejszych atrakcji turystycznych.

Jeszcze przed naszym wyjazdem nasłuchaliśmy się i naczytaliśmy,  że Budapeszt to jedno z najpiękniejszych miast Europy, że zabytki zapierają dech w piersi i ogólnie same ochy i achy. A nasze wrażenia po pierwszych kilku godzinach były takie sobieRozpoczęliśmy standardowo, jak na turystów przystało ;), od listy obiektów do zobaczenia: Most Łańcuchowy, Cytadela na Górze Gellerta (z daleka), Zamek Królewski nad brzegiem Dunaju, Baszta Rybacka z pięknym widokiem na Dunaj i Peszt, Kościół Św. Macieja, Bazylika Św. Stefana i oczywiście słynny Parlament. Wszystko razem i każde z osobna piękne, zadbane, monumentalne ale jakby czegoś nam było brak. Takie to zbyt ładne nam się wydało, zbyt czyste, zbyt idelane?  Nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. 























Dopiero późne śniadanie na Wzgórzu Zamkowym, spacer po Starym Mieście,  przerwa na kawę i ciastko w cukierni Ruszwurm,  w końcu spotkanie ze znajomą Daniela, Gretą i wspólnie spędzony wieczór na niekończących się rozmowach przy akompaniamencie przepysznego węgierskiego jedzenia, wina i muzyki odkryło przed nami druga stronę Budapesztu. Przesympatyczni ludzie, przepyszne jedzenie i przearomatyczny Tokaj skradły nasze serca na dobre. 





Kropką nad 'i' okazała się być turecka łaźnia Rudas, gdzie wygrzaliśmy swoje kości w gorących źródłach o temperaturze od 28 to 42 stopni. W półmroku XVI-sto wiecznej kąpielowej świątyni oddaliśmy się kilkugodzinnemu relaksowi tuż pod kopułą usianą różnobarwnymi, mieniącymi się od promieni słonecznych, szkiełkami, niczym gwiaździste niebo. W takich chwilach zapomina się o wszystkim, jest tylko tu i teraz.


Łaźnia Rudas, źródło: Generation Expat
Na koniec przechadzka po deptaku zakupowym Váci utca w poszukiwaniu książki kucharskiej, szybki rzut oka na Targowisko Centralne (Központi Vásárcsarnok) w Peszcie przy Moście Wolności i już trzeba było wracać do domu.





Było krótko, intensywnie ale za to niesamowicie miło, przyjaźnie, smacznie i mimo wszystko relaksująco. Już dziś wiemy, że tam wrócimy. Nie tylko do Budapesztu.











Köszönöm Greta!

Komentarze

  1. och ... taka łaźnia rozgrzewająca! ach ach ..
    pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oj tak, było och, och i ach, ach... jak najbardziej polecamy!

      Usuń
    2. Uwielbiam Budapeszt. To "moje" miasto. Mama i jej rodzina urodziła się w Budapeszcie. Dwie siostry mieszkały do 1972 roku i je odwiedzałam od 1960 (po rewolucji). Piękne zjęcia ! Kilka "ukradnę".

      Usuń
  2. w końcu Polak Węgier dwa bratanki, musiało się skończyć zauroczeniem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzeczywiscie to znane powiedzenie udalo nam sie potwierdzic w rzeczywistosci. Poki co zachwyt nam nie mija, wiec moze zauroczenie przerodzi sie w glebsze uczucie :)

      Usuń
  3. A ja się wybieram do tego Budapesztu jak sójka za morze.A możecie zdradzić koszt noclegu? Póki co to właśnie ceny przeszkadzają mi w wyprawie na Węgry, ale po tym co u Was zobaczyłam, to już nie dam rady dłużej zwlekać:)I te łaźnie obowiązkowo....Świetna wyprawa, a jak macie ochote to zapraszam do mnie:)http://lifegoodmorning.blogspot.com/
    Ja już zostaję Waszą obserwatorką:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witamy Milady! Do Budapesztu też się wybieraliśmy i wybrać się nie mogliśmy aż wreszcie podjęłam spontaniczną decyzję, bilety kupiłam i odwrotu już nie było :) Za nocleg zapłaciliśmy ok EUR70 czyli stawka raczej standardowa jak na stolicę przystało aczkolwiek pozostałe wydatki trochę poniżej cennika zachodnioeuropejskiego. Polecamy bo naprawdę warto i zapraszamy na bloga :)

      Usuń
    2. Wielkie dzięki! Na pewno będę wpadać, więc czekam na więcej:)A Budapeszt kusi od dawna, póki co mogę się tylko pochwalić jazdą autobusem po Budapeszcie i to tylko na gapę, ale najwyższy czas rozbić świnkę skarbonkę po raz 1000-ny i zdobyć więcej wspomnień z Węgier:)Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  5. Świetnie, że trafiłam na Wasz blog, bo właśnie szukałam czegoś u Budapeszcie. Za miesiąc i 2 dni już tam będę. Mam tam spędzić 5 dni i powoli zaczynam planować swój pobyt. Na pewno będę zaglądała tu częściej ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 5 dni w Budapeszcie... brzmi pięknie, tylko pozazdrościć!!!!! Dziękujemy za odwiedziny i zapraszamy. Udanego wyjazdu :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Podobał Ci się ten wpis? Masz coś do dodania bądź chcesz o coś zapytać? Będzie nam bardzo miło, jeśli zostawisz swój komentarz :)

Popularne posty z tego bloga

08/09 Pierwsze spotkanie z Afryką... na wyciągnięcie ręki

Plaża w Conil de la Frontera to jedna z piękniejszych piaszczystych plaż w Andaluzji. Szeroka, rozległa, czysta, nieprzeludniona... Postanowiliśmy na niej odpocząć i zażyć upragnionej kąpieli słonecznej w drodze do Algeciras. Woda była nieco chłodniejsza niz w Kadyksie, lecz wspaniałe fale wszystko zrekompensowały (zabawa była przednia). Samo miasteczko wydaje się być ładne (pueblo blanco), niestety nie mieliśmy czasu na zwiedzanie gdyż po drodze planowaliśmy odwiedzić jeszcze Tarifę.

Ach... leniem być!

Nasza wyprawa do Chin nie była w założeniu wyprawą ekstremalną, nie planowaliśmy przez całe 4 tygodnie przemierzać rozmaite trasy wysokogórskie ani też spędzić tego czasu wyłącznie w wielkich aglomeracjach miejskich. Mówcie co chcecie, ale przemieszczanie się z jednego miasta do drugiego co parę dni bywa męczące, a nadmiar wrażeń trochę przytłaczający. Na ten wyjazd czekaliśmy praktycznie cały rok i od samego początku wiedzieliśmy, że bedziemy chcieli spędzić jeden tydzień na robieniu NIC. Wybór padł na wyspę Hainan położoną na Morzu Południowochińskim, zwaną przez niektórych chińskimi Hawajami. Tropikalny klimat, temperatury między 25 a 30 stopni Celsjusza, woda, plaża - tego właśnie było nam trzeba.  Aby dostać się do Sanya (miasta na południu wyspy) z Zhangjiajie najpierw czekała nas 13-sto godzinna podróż pociągiem (na szczęście w nocy) a potem 1,5 godzinny lot. Oczywiście po opuszczeniu lotniska trzeba uważać na naciągaczy, którzy bardzo chętnie nas zawiozą do centrum za cenę 2x w…

Pierwsze koty za płoty

Słoneczny stan USA, słynący z parków rozrywki, pięknych plaż i aligatorów. Dom Myszki Miki, manatów i kubańskich imigrantów. Miejsce gdzie w 1946 roku wymyślono mrożony, skoncentrowany sok pomarańczowy. Jeden z najbardziej siwych stanów w całej Ameryce, gdzie 19.1% populacji to osoby w wieku 65 lat i starsze. Floryda, to tutaj zaczęliśmy naszą wymarzoną podróż po Stanach Zjednoczonych. Dlaczego akurat tutaj? Powód był bardzo prozaiczny. Nasz strat był mocno zdeterminowany przez zakup kampera, a po lekturze przeróżnych blogów podróżniczych i for internetowych, rozpatrując wszystkie za i przeciw, okazało się, że na Florydzie powinno pójść nam całkiem gładko ze wszelkimi formalnościami rejestracyjnymi i ubezpieczeniowymi (o tym jak nam poszło pisałam już w dwóch poprzednich postach TUTAJ i TUTAJ).