Przejdź do głównej zawartości

Wietrzna Lugnaquilla


Lugnaquilla (irl. Log na Coille), jak podaje Wikipedia, to najwyższy szczyt w masywie Gór Wicklow, najwyższy w całej prowincji Leinster i 13 najwyższy szczyt Irlandii, wznoszący się na wysokość 925 metrów. Aby zdobyć tę drążoną z drewna górę ("hollow of the wood") mieliśmy do wyboru trzy podejścia: od strony Glen of Imaal, Glenmalure i Aghavannagh. Wybraliśmy opcję najkrótszą od Geln of Imaal przez Camara Hill, biegnącą wzdłuż poligonów wojskowych.









Przed samą wyprawą, próbując zasięgnąć trochę informacji, postanowiłam poszperać w Internecie. Jak to zwykle bywa, znalazłam ogrom przeróżnych danych, z czego niektóre z nich niekoniecznie przydatne. Konieczność posiadania umiejętności nawigacji i duże ryzyko zabłądzenia przy niskim poziomie chmur (brak wytyczonych szlaków)  to najczęściej powtarzające się - przyznam, że po tej lekturze zaczęłam się zastanawiać czy aby napewno powinniśmy ryzykować, szczególnie gdy przypomniałam sobie jaką mieliśmy widoczność na Sugar Loaf. Z drugiej strony to przecież tylko niecałe 1000 metrów, więc zgodnie ustaliliśmy, że idziemy!

Rozpoczynając naszą wspinaczkę nie wiedzieliśmy do końca na co mamy się nastawić, gdyż nasz cel nie był  od razu w zasięgu wzroku. Jak się później okazało, żeby zdobyć sam szczyt trzeba było przejść przez 3 inne wzgórza. W sumie nic wielkiego, patrząc na wysokości, które mieliśmy do pokonania. Jednak panujące warunki atmosferyczne, a dokładnie silny wiatr, jak na mój gust ok 7 w skali Beauforta, wiejący prosto w twarz, skutecznie utrudniał nam podejście. Do tego odległość jaką mieliśmy do pokonania i wycieczka z dziecinnie łatwej, lekkiej i przyjemnej, przerodziła się w istną drogę przez mękę. 



Łącznie w obie strony pokonaliśmy 13,2km co po sprawdzeniu z Google Maps okazało się być jak wspinaczka na Kasprowy Wierch z Kuźnic (6,3km w jedną stronę). I może nie ma w tym nic nadzwyczajnego ale dla nas, fakt, że bez żadnego przygotowania (ostatnio uprawialiśmy sport kanapowy, co oczywiście ulega teraz znacznej poprawie!), pod wiatr (tam nie ma żadnych drzew osłaniających przed nieprzyjemnymi podmuchami) udało nam się zdobyć Lugnaquilla, był wielkim sukcesem.


Pokaż Lugnaquilla na większej mapie




Sama góra to paskowyż, z którego podobno przy dobrej pogodzie można wypatrzyć wzgórza półwyspu Lleyn we wschodniej Walii wraz z górami Snowdonia, a od strony zachodniej góry prowincji Munster. I choć tego dnia powietrze nie było najwyższej przejrzystości i nie udało nam się dojrzeć walijskich  krajobrazów i tak mogliśmy nacieszyć się majaczącymi w oddali wzgórzami Wicklow. Jakby nie było,    pozostały nam do sprawdzenia jeszcze 2 inne podejścia, które z pewnością wypróbujemy, więc przynajmniej nadal mamy na co czekać :)
Cała wędrówka przypomina spacer po ogromnym pastwisku, lub jak kto woli łące. Mięciutkie podłoże, z gdzie niegdzie pojawiającymi się kamieniami i skałami, nieco gęściej rozmieszczonymi przy samym szczycie, nie obciąża nadmiernie stawów. Liczne torfowiska tworzą interesujące wzory na zboczach gór, wyglądające niczym naturalne puzzle.



















Ze względu na niedużą odleglość od Dublina trzeba pamiętać, że nie jest to miejsce odludne i na samej górze może pojawić się całkiem spory tłum, aczkolwiek długość 'szlaku' sprzyja chwilom samotności - bezcenne :)



Komentarze

  1. no tak, pogoda w górach zmienna, ale zdobyliście, a to najważniejsze ;)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Podobał Ci się ten wpis? Masz coś do dodania bądź chcesz o coś zapytać? Będzie nam bardzo miło, jeśli zostawisz swój komentarz :)

Popularne posty z tego bloga

08/09 Pierwsze spotkanie z Afryką... na wyciągnięcie ręki

Plaża w Conil de la Frontera to jedna z piękniejszych piaszczystych plaż w Andaluzji. Szeroka, rozległa, czysta, nieprzeludniona... Postanowiliśmy na niej odpocząć i zażyć upragnionej kąpieli słonecznej w drodze do Algeciras. Woda była nieco chłodniejsza niz w Kadyksie, lecz wspaniałe fale wszystko zrekompensowały (zabawa była przednia). Samo miasteczko wydaje się być ładne (pueblo blanco), niestety nie mieliśmy czasu na zwiedzanie gdyż po drodze planowaliśmy odwiedzić jeszcze Tarifę.

Koty, ślimaki i... Gaudi ;)

Niektórzy z Was zapewne mają tak zwane 'swoje miejsce na ziemi', gdzie mieszkacie lub gdzie wyjeżdżacie bardziej bądź mniej regularnie. Dla nas jest to Hiszpania, odwiedzana przynajmniej raz w roku. Nie zawsze to samo miasto, nie zawsze ten sam region, gdyż chęć poznania i odkrywania jest niezwykle silna i ekscytująca.

Tym razem postanowiliśmy odwiedzić Barcelonę. Co prawda czwarty raz, ale to miasto nigdy nam się nie nudzi. Bajkowa architektura Gaudiego, obłędne zapachy kuchni katalońskiej, plaża i sąsiadujące góry to coś czemu dajemy się uwieść za każdym razem. Bez planu, bez listy miejsc do zobaczenia - ot tak, czwarty raz, czterodniowy spacer ulicami stolicy Katalonii. Pogoda jak na listopad nam dopisała, temperatura oscylowała w granicach 20 stopni, niekiedy kropił deszcz, a czasami słońce dokazywało zza chmur. 

Pierwsze koty za płoty

Słoneczny stan USA, słynący z parków rozrywki, pięknych plaż i aligatorów. Dom Myszki Miki, manatów i kubańskich imigrantów. Miejsce gdzie w 1946 roku wymyślono mrożony, skoncentrowany sok pomarańczowy. Jeden z najbardziej siwych stanów w całej Ameryce, gdzie 19.1% populacji to osoby w wieku 65 lat i starsze. Floryda, to tutaj zaczęliśmy naszą wymarzoną podróż po Stanach Zjednoczonych. Dlaczego akurat tutaj? Powód był bardzo prozaiczny. Nasz strat był mocno zdeterminowany przez zakup kampera, a po lekturze przeróżnych blogów podróżniczych i for internetowych, rozpatrując wszystkie za i przeciw, okazało się, że na Florydzie powinno pójść nam całkiem gładko ze wszelkimi formalnościami rejestracyjnymi i ubezpieczeniowymi (o tym jak nam poszło pisałam już w dwóch poprzednich postach TUTAJ i TUTAJ).