Przejdź do głównej zawartości

Weekendowa Cukrowa Głowa

Na sierpniowy długi weekend nie mieliśmy zaplanowanego żadnego wyjazdu, ale żeby nie siedzieć w domu przez całe 3 dni postanowiliśmy wybrać się w Góry Wicklow (irl. Sléibhte Chill Mhantáin)  i wspiąć się na Cukrową Głowę (Sugar Loaf - irl. Ó Cualann). Wycieczka na parę godzin (nawet nie na cały dzień), nie wymagająca i co tu dużo pisać, niezwykle przyjemna bo na łonie natury. Dobrze też było rozruszać zastałe kości od siedzenia całymi dniami za biurkiem.




Sama góra to raczej  wzgórze o wysokości 501 metrów, więc nic spektakularnego aczkolwiek z braku wydeptanego szlaku i konieczności wspinania się po skałach, wyprawa okazała się być prawdziwą frajdą.





Pogoda, jak to w Krainie Deszczowców, delikatnie rzecz ujmując - niestabilna :) Rano chmury, potem słońce a na końcu deszcz. Najważniejsze, że podczas naszej wspinaczki słonko przygrzewało i choć trochę łagodziło nieprzyjemne podmuchy wiatru, które już na samym szczycie nie były odczuwalne.
Krajobraz z góry, rozpościera się na liczne zielone pagórki, porośnięte paprociami, mchem i wrzosami, z pasącymi się tu i ówdzie owcami i krowami. W takich okolicznościach przyrody zupełnie innego wymiaru nabiera określenie 'zielona wyspa'. Ilość odcieni tego koloru, zmieniającego się w zależności od światła, jest zdumiewająca i niezwykle relaksująca. Gdyby nie śmieci pozostawiane przez turystów można by rzec, że jest to miejsce idealne.

















A gdy będziecie mieli szczęście trafić na prawdziwy przyrodniczy spektakl, kiedy to obniżające się chmury otulą Was niczym biało-szarą pierzyną, pozbawiając wszelkich dźwięków i obrazów Was otaczających, poczujecie się naprawdę niezwykle.









Komentarze

  1. W to nie wątpię, ale chętnie zobaczę widoki z góry ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jo, w to nie wątpię ;) Na zachętę mogę dodać, że pogoda zmienia się jak w kalejdoskopie i po 10 minutach znów mogliśmy podziwiać przepiękne irlandzkie pola :)

      Usuń
  2. A ja planowałam jakiś wyjazd na sierpniowy weekend, ale mi nie wyszedł :)
    Może to i dobrze, bo po powrocie z urlopu byłam już w Kalwarii, Szczawnicy i nad Morskim Okiem :) Zdjęcia się zbierają i nie mam czasu się nimi zająć :) Będzie co robić zimą :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziewczyno, widzę że ciężko Ci w domu wysiedzieć ;) Bardzo dobrze, trzymaj tak dalej i czekam na relacje!

      Usuń

Prześlij komentarz

Podobał Ci się ten wpis? Masz coś do dodania bądź chcesz o coś zapytać? Będzie nam bardzo miło, jeśli zostawisz swój komentarz :)

Popularne posty z tego bloga

08/09 Pierwsze spotkanie z Afryką... na wyciągnięcie ręki

Plaża w Conil de la Frontera to jedna z piękniejszych piaszczystych plaż w Andaluzji. Szeroka, rozległa, czysta, nieprzeludniona... Postanowiliśmy na niej odpocząć i zażyć upragnionej kąpieli słonecznej w drodze do Algeciras. Woda była nieco chłodniejsza niz w Kadyksie, lecz wspaniałe fale wszystko zrekompensowały (zabawa była przednia). Samo miasteczko wydaje się być ładne (pueblo blanco), niestety nie mieliśmy czasu na zwiedzanie gdyż po drodze planowaliśmy odwiedzić jeszcze Tarifę.

Ach... leniem być!

Nasza wyprawa do Chin nie była w założeniu wyprawą ekstremalną, nie planowaliśmy przez całe 4 tygodnie przemierzać rozmaite trasy wysokogórskie ani też spędzić tego czasu wyłącznie w wielkich aglomeracjach miejskich. Mówcie co chcecie, ale przemieszczanie się z jednego miasta do drugiego co parę dni bywa męczące, a nadmiar wrażeń trochę przytłaczający. Na ten wyjazd czekaliśmy praktycznie cały rok i od samego początku wiedzieliśmy, że bedziemy chcieli spędzić jeden tydzień na robieniu NIC. Wybór padł na wyspę Hainan położoną na Morzu Południowochińskim, zwaną przez niektórych chińskimi Hawajami. Tropikalny klimat, temperatury między 25 a 30 stopni Celsjusza, woda, plaża - tego właśnie było nam trzeba.  Aby dostać się do Sanya (miasta na południu wyspy) z Zhangjiajie najpierw czekała nas 13-sto godzinna podróż pociągiem (na szczęście w nocy) a potem 1,5 godzinny lot. Oczywiście po opuszczeniu lotniska trzeba uważać na naciągaczy, którzy bardzo chętnie nas zawiozą do centrum za cenę 2x w…

Pierwsze koty za płoty

Słoneczny stan USA, słynący z parków rozrywki, pięknych plaż i aligatorów. Dom Myszki Miki, manatów i kubańskich imigrantów. Miejsce gdzie w 1946 roku wymyślono mrożony, skoncentrowany sok pomarańczowy. Jeden z najbardziej siwych stanów w całej Ameryce, gdzie 19.1% populacji to osoby w wieku 65 lat i starsze. Floryda, to tutaj zaczęliśmy naszą wymarzoną podróż po Stanach Zjednoczonych. Dlaczego akurat tutaj? Powód był bardzo prozaiczny. Nasz strat był mocno zdeterminowany przez zakup kampera, a po lekturze przeróżnych blogów podróżniczych i for internetowych, rozpatrując wszystkie za i przeciw, okazało się, że na Florydzie powinno pójść nam całkiem gładko ze wszelkimi formalnościami rejestracyjnymi i ubezpieczeniowymi (o tym jak nam poszło pisałam już w dwóch poprzednich postach TUTAJ i TUTAJ).