Przejdź do głównej zawartości

Czerwcowy jubileusz

Dziś oczy całego świata (przynajmniej tej części usportowionej) skierowane są na Londyn, ze względu na odbywające się właśnie Igrzyska Olimpijskie. Podobna sytuacja miała miejsce 2 miesiące temu, kiedy to Brytyjczycy świętowali wraz z królową, jubileusz Jej panowania. Tak się złożyło, że w tym czasie miał miejsce również mój osobisty jubileusz i urodzinowa niespodzianka, czyli weekendowy wyjazd do Londynu.
W związku z tym, że był to wyjazd zupełnie z zaskoczenia, nie zdążyłam go zaplanować. Żadnej listy miejsc, zabytków, galerii, których nie udało nam się zobaczyć podczas pierwszej wizyty w Londynie, a które mieliśmy w odległych planach na przyszłość.
W sobotę całe miasto pogrążone było w przygotowaniach do celebrowania królewskiego jubileuszu. Na każdej niemal ulicy wywieszano flagi, baloniki, banery, etc. My natomiast postanowiliśmy pomyszkować trochę na Portobello Market, gdzie do woli mogliśmy przebierać w antycznych meblach, przeróżnych bibelotach i przepięknych aparatach fotograficznych - mało brakowało, a byśmy wrócili do domu wzbogaceni o jeden średni format ;)



Co prawda nie jesteśmy wielkimi fanami rodziny królewskiej, ale skoro byliśmy w stolicy Wielkiej Brytanii w czasie okrągłej rocznicy Królowej, nie mogliśmy sobie odmówić by nie zobaczyć jak wyglądają przygotowania przy samej Tamizie. Po drodze, całkiem przypadkiem zajrzeliśmy na Borough Market - oczywiście również pełen akcentów patriotycznych.



A na rzece pięknie reprezentował się żaglowiec i wielki szary okręt wyglądający na wojenny gotowe do parady (z góry przepraszam za moją niewiedzę i ignorancję ale nie jestem miłośnikiem stocznictwa).








Pogoda w niedzielę zupełnie nie dopisała, mieliśmy wrażenie jakby ktoś tam na górze odkręcił kurek z wodą i zapomniał go zakręcić! Oczywiście nie przeszkodziło to Brytyjczykom w wyjściu na ulicę, gdzie okupując brzegi Tamizy, przy okazji urządzając pikniki na trawnikach, czekali na uroczystą paradę statków z udziałem samej Królowej. Barwy narodowe, flaga, kwiaty... to obowiązkowy atrybut tego dnia.







Wieczorem impreza przeniosła się do Soho i China Town, gdzie każdy świętował już na swój własny sposób.







I choć ktoś nam powiedział, że Brytyjczycy tak naprawdę nie bardzo przejmują się rodziną Królewską, okazało się, że każda okazja jest dobra by się dobrze bawić.


Dziękujemy naszym gospodarzom i pozdrawiamy. Do następnego razu!

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

08/09 Pierwsze spotkanie z Afryką... na wyciągnięcie ręki

Plaża w Conil de la Frontera to jedna z piękniejszych piaszczystych plaż w Andaluzji. Szeroka, rozległa, czysta, nieprzeludniona... Postanowiliśmy na niej odpocząć i zażyć upragnionej kąpieli słonecznej w drodze do Algeciras. Woda była nieco chłodniejsza niz w Kadyksie, lecz wspaniałe fale wszystko zrekompensowały (zabawa była przednia). Samo miasteczko wydaje się być ładne (pueblo blanco), niestety nie mieliśmy czasu na zwiedzanie gdyż po drodze planowaliśmy odwiedzić jeszcze Tarifę.

Ach... leniem być!

Nasza wyprawa do Chin nie była w założeniu wyprawą ekstremalną, nie planowaliśmy przez całe 4 tygodnie przemierzać rozmaite trasy wysokogórskie ani też spędzić tego czasu wyłącznie w wielkich aglomeracjach miejskich. Mówcie co chcecie, ale przemieszczanie się z jednego miasta do drugiego co parę dni bywa męczące, a nadmiar wrażeń trochę przytłaczający. Na ten wyjazd czekaliśmy praktycznie cały rok i od samego początku wiedzieliśmy, że bedziemy chcieli spędzić jeden tydzień na robieniu NIC. Wybór padł na wyspę Hainan położoną na Morzu Południowochińskim, zwaną przez niektórych chińskimi Hawajami. Tropikalny klimat, temperatury między 25 a 30 stopni Celsjusza, woda, plaża - tego właśnie było nam trzeba.  Aby dostać się do Sanya (miasta na południu wyspy) z Zhangjiajie najpierw czekała nas 13-sto godzinna podróż pociągiem (na szczęście w nocy) a potem 1,5 godzinny lot. Oczywiście po opuszczeniu lotniska trzeba uważać na naciągaczy, którzy bardzo chętnie nas zawiozą do centrum za cenę 2x w…

Pierwsze koty za płoty

Słoneczny stan USA, słynący z parków rozrywki, pięknych plaż i aligatorów. Dom Myszki Miki, manatów i kubańskich imigrantów. Miejsce gdzie w 1946 roku wymyślono mrożony, skoncentrowany sok pomarańczowy. Jeden z najbardziej siwych stanów w całej Ameryce, gdzie 19.1% populacji to osoby w wieku 65 lat i starsze. Floryda, to tutaj zaczęliśmy naszą wymarzoną podróż po Stanach Zjednoczonych. Dlaczego akurat tutaj? Powód był bardzo prozaiczny. Nasz strat był mocno zdeterminowany przez zakup kampera, a po lekturze przeróżnych blogów podróżniczych i for internetowych, rozpatrując wszystkie za i przeciw, okazało się, że na Florydzie powinno pójść nam całkiem gładko ze wszelkimi formalnościami rejestracyjnymi i ubezpieczeniowymi (o tym jak nam poszło pisałam już w dwóch poprzednich postach TUTAJ i TUTAJ).