Przejdź do głównej zawartości

17/09 W mieście Picassa

Malaga bez wątpienia okazała się być jedną z wielu niespodzianek naszego wyjazdu. Barwne, wąskie uliczki i zaułki uwiodły nas swoim klimatem, więc schowaliśmy mapę do plecaka i daliśmy się ponieść prosto przed siebie...








La Manquita 'jednoręka' Katedra to niedokończona mieszanka stylów. Budowę jej rozpoczęto w XVIw, a prace nad nią zakończono w XVIIIw ze względu na brak funduszy. W między czasie, nie bez uszczerbku, trzęsienie ziemi w 1680 r również zatrzymało wszlekie prace budowlane. Po dziś dzień na wysokich ścianach widać popękania, co jeszcze dodaje jej charakteru. 



















Malaga to miasto Antonio Banderasa ale przede wszystkim Pabla Picassa. Nie mogliśmy więc ominąć Muzeum samego mistrza kubizmu. Podekscytowani zaczęlismy odkrywać świat 'szalonego' artysty i już po kilku chwilach stwierdzilismy, że jego prace wybitnie przypadły nam do gustu. Ilość przedstawionych płócien, rzeźb i instalacji oraz zbiór osobistych fotografii zaspokoi każdego. Po tej wizycie już nic nie wygląda tak jak kiedyś, wszystko jest powyginane, pokręcone i ma oczy w nie tym miejscu co trzeba ;) A podobne coś ...  towarzyszy nam każdego ranka, tuż po przebudzeniu...


Żródło: http://www.wikipaintings.org/en/Tag/female-portraits/103











Dzień zakończyliśmy wielką ucztą składającą się z ośmiornicy, dorady i turbota oraz nieodłącznego vino rosado i digestivo. Następnego dnia popołudniu bylismy już z powrotem w domu. 






Komentarze

Popularne posty z tego bloga

08/09 Pierwsze spotkanie z Afryką... na wyciągnięcie ręki

Plaża w Conil de la Frontera to jedna z piękniejszych piaszczystych plaż w Andaluzji. Szeroka, rozległa, czysta, nieprzeludniona... Postanowiliśmy na niej odpocząć i zażyć upragnionej kąpieli słonecznej w drodze do Algeciras. Woda była nieco chłodniejsza niz w Kadyksie, lecz wspaniałe fale wszystko zrekompensowały (zabawa była przednia). Samo miasteczko wydaje się być ładne (pueblo blanco), niestety nie mieliśmy czasu na zwiedzanie gdyż po drodze planowaliśmy odwiedzić jeszcze Tarifę.

Koty, ślimaki i... Gaudi ;)

Niektórzy z Was zapewne mają tak zwane 'swoje miejsce na ziemi', gdzie mieszkacie lub gdzie wyjeżdżacie bardziej bądź mniej regularnie. Dla nas jest to Hiszpania, odwiedzana przynajmniej raz w roku. Nie zawsze to samo miasto, nie zawsze ten sam region, gdyż chęć poznania i odkrywania jest niezwykle silna i ekscytująca.

Tym razem postanowiliśmy odwiedzić Barcelonę. Co prawda czwarty raz, ale to miasto nigdy nam się nie nudzi. Bajkowa architektura Gaudiego, obłędne zapachy kuchni katalońskiej, plaża i sąsiadujące góry to coś czemu dajemy się uwieść za każdym razem. Bez planu, bez listy miejsc do zobaczenia - ot tak, czwarty raz, czterodniowy spacer ulicami stolicy Katalonii. Pogoda jak na listopad nam dopisała, temperatura oscylowała w granicach 20 stopni, niekiedy kropił deszcz, a czasami słońce dokazywało zza chmur. 

Pierwsze koty za płoty

Słoneczny stan USA, słynący z parków rozrywki, pięknych plaż i aligatorów. Dom Myszki Miki, manatów i kubańskich imigrantów. Miejsce gdzie w 1946 roku wymyślono mrożony, skoncentrowany sok pomarańczowy. Jeden z najbardziej siwych stanów w całej Ameryce, gdzie 19.1% populacji to osoby w wieku 65 lat i starsze. Floryda, to tutaj zaczęliśmy naszą wymarzoną podróż po Stanach Zjednoczonych. Dlaczego akurat tutaj? Powód był bardzo prozaiczny. Nasz strat był mocno zdeterminowany przez zakup kampera, a po lekturze przeróżnych blogów podróżniczych i for internetowych, rozpatrując wszystkie za i przeciw, okazało się, że na Florydzie powinno pójść nam całkiem gładko ze wszelkimi formalnościami rejestracyjnymi i ubezpieczeniowymi (o tym jak nam poszło pisałam już w dwóch poprzednich postach TUTAJ i TUTAJ).