Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z 2012

Lengyelek w Budapeszcie

Lengyel, Magyar – két jó barát, együtt harcol, s issza borát


To był krótki wyjazd weekendowy. O Budapeszcie myśleliśmyjuż od bardzo dawna, ale albo nie było czasu albo bilety były zbyt drogie. W końcuudałosięzorganizować krótki wypad w celu małego rozeznania, by byćmożepowrócić na dłużej. 

W dzień wyjazdu okazałosię, że zarezerwowany przez nas wcześniej nocleg zostałodwołany z powodu nieznanych nam przyczyn technicznych. W pośpiechu musieliśmyznaleźć nowy dach nad głową. Lokalizacja, recenzje, cena... nie było czasu aby wszystko przejrzeć. Koniec końcemzatrzymaliśmysię w mocno sfatygowanym mieszkaniu w Dzielnicy Żydowskiej po stronie Pesztu, skądmieliśmycałkiem blisko do wszystkich najważniejszych atrakcji turystycznych.

Dolina dwóch jezior

Irl. Gleann Dá Loch, czyli 'dolina dwóch jezior', to kolejne miejsce na turystycznej mapie okolic Dublina i gór Wicklow. Glendalough, to polodowcowa dolina z dwoma morenowymi jeziorami: Jeziorem Górnym i  Jeziorem Dolnym tworzonymi przez  spływającą do niej od południa rzekę Poulanass.
Choć oblegane przez turystów, szczególnie gdy jest ładna pogoda, moim zdaniem jest to miejsce warte zobaczenia i to nie tylko ze względu na ładne widoki. Wzgórza porośnięte o tej porze roku kwitnącymi wrzosami, jeziora, wodospady a do tego przy odrobinie szczęścia można spotkać wygrzewające się w słońcu dzikie kozy i jelenie. Fani ornitologii również nie powinni być zawiedzeni, gdyż w Glendalough można podobno wypatrzyć dzięcioły, sokoły wędrowne, kukułki, sójki i myszołowy. 

Wietrzna Lugnaquilla

Lugnaquilla (irl. Log na Coille), jak podaje Wikipedia, to najwyższy szczyt w masywie Gór Wicklow, najwyższy w całej prowincji Leinster i 13 najwyższy szczyt Irlandii, wznoszący się na wysokość 925 metrów. Aby zdobyć tę drążoną z drewna górę ("hollow of the wood") mieliśmy do wyboru trzy podejścia: od strony Glen of Imaal, Glenmalure i Aghavannagh. Wybraliśmy opcję najkrótszą od Geln of Imaal przez Camara Hill, biegnącą wzdłuż poligonów wojskowych.

Weekendowa Cukrowa Głowa

Na sierpniowy długi weekend nie mieliśmy zaplanowanego żadnego wyjazdu, ale żeby nie siedzieć w domu przez całe 3 dni postanowiliśmy wybrać się w Góry Wicklow (irl. Sléibhte Chill Mhantáin)  i wspiąć się na Cukrową Głowę (Sugar Loaf -irl. Ó Cualann). Wycieczka na parę godzin (nawet nie na cały dzień), nie wymagająca i co tu dużo pisać, niezwykle przyjemna bo na łonie natury. Dobrze też było rozruszać zastałe kości od siedzenia całymi dniami za biurkiem.




Czerwcowy jubileusz

Dziś oczy całego świata (przynajmniej tej części usportowionej) skierowane są na Londyn, ze względu na odbywające się właśnie Igrzyska Olimpijskie. Podobna sytuacja miała miejsce 2 miesiące temu, kiedy to Brytyjczycy świętowali wraz z królową, jubileusz Jej panowania. Tak się złożyło, że w tym czasie miał miejsce również mój osobisty jubileusz i urodzinowa niespodzianka, czyli weekendowy wyjazd do Londynu.
W związku z tym, że był to wyjazd zupełnie z zaskoczenia, nie zdążyłam go zaplanować. Żadnej listy miejsc, zabytków, galerii, których nie udało nam się zobaczyć podczas pierwszej wizyty w Londynie, a które mieliśmy w odległych planach na przyszłość.
W sobotę całe miasto pogrążone było w przygotowaniach do celebrowania królewskiego jubileuszu. Na każdej niemal ulicy wywieszano flagi, baloniki, banery, etc. My natomiast postanowiliśmy pomyszkować trochę na Portobello Market, gdzie do woli mogliśmy przebierać w antycznych meblach, przeróżnych bibelotach i przepięknych aparatach fotografi…

Morza szum, ptaków śpiew...

Tak, tak, tym razem będzie o plaży! Niestety irlandzkie lato, szczególnie w tym roku pozostawia wieeeele do  życzenia, deszcz przeplata się ze słońcem a to wszystko w akompaniamencie atlantyckiego wiatru. I pomimo przepięknych plaż, z widokami zapierającymi dech w piersi, nie ma możliwości się nimi naprawde nacieszyć bo zimno... i wieje... A plaża w Porto, ciągnąca się wzdłuż Avenida de Montevideu i Avenida do Brasil, to niemal niekończący się, skąpany w słońcu raj. Skalisty co prawda ale jednak...




Międzynarodowa Queima das Fitas

Pierwszy raz w Portugalii byliśmy 2 lata temu. Do Lizbony wybraliśmy się w tym samym czasie co do Porto, czyli na długi weekend majowy. Wtedy to, po raz pierwszy byliśmy świadkami jakiejś studenckiej uroczystości. Młodzi ludzie, całymi gromadami przemierzający ulicami Lizbony, wszyscy ubrani na biało- czarno z zarzuconymi na ramiona długimi czarnymi pelerynami (niczym Sandeman'i). Wykrzykujący niezrozumiałe dla nas hasła, śpiewający i ogólnie rzecz ujmując imprezujący :). Wtedy, w Lizbonie nie bardzo zawracaliśmy sobie tym głowy. Jednak tym razem, w Porto całe wydarzenie bardzo nas zaciekawiło i postanowiliśmy zasięgnąć języka u samych zainteresowanych (czyt. studentów), żeby dowiedzieć się o co tak naprawdę chodzi????

Kulinarnie

Jak pachnie Porto? Dla nas pachnie przede wszystkim jedzeniem...! Na każdej niemal ulicy mijaliśmy domy bądź restauracje, z których wydobywał się obłędny zapach tamtejszych przysmaków... zupa z pomidorami i owocami morza, ryż przypominający hiszpańską paellę ale jednak inny, grillowane szprotki, no i oczywiście DORSZ! Przyznam, że nie jest to moja ulubiona ryba ale w Portugalii zawsze smakuje wybornie, podana na 100 różnych sposobów. Z chipsami ziemniaczanymi i kiełbasą!, z sałatką, w sosie krewetkowym - do wyboru, do koloru... A do tego wszystkiego zielone wino (Vinho Verde) - lekko musujące, białe bądź czerwone (wcale nie zielone), cudownie orzeźwiające, po prostu pycha.



Majowe Oporto

Portugalia przywitała nas piękną, słoneczną pogodą. Nareszcie mogliśmy zrzucić ciepłe kurtki i wygrzać nasze kostki na słońcu. I tak było prawie przez cały nasz pobyt, aż do ostatniego dnia, kiedy to kurek z deszczem został odkręcony na dobre i padało, i padało, i padało...





Kury z curry i kadzidła

Gdzieś wyczytałam, że każde danie w Indiach smakuje tak samo... jak curry. Niezależnie od tego czy jest to kurczak, jagnięcina czy może ser z warzywami, do wszystkiego dodawane jest curry. Dla nas smakowanie lokalnych smakołyków podczas podróży jest niezmiernie istotne, tak więc nie mogliśmy się doczekać by przekonać się jak to naprawdę jest z tą indyjską kuchnią.  Według Daniela, jest ona poprostu bardzo smaczna (niezwykle męski punkt widzenia!) Dla mnie to niesamowita mieszanka pachnących przypraw, których nigdy wcześniej nie próbowałam, kolorowych sosów podanych w miedziano-stalowych, ręcznie kutych miseczkach, soczystych mięs (oczywiście nie w każdym mieście można je zjeść), pysznego sera paneer i warzyw, w akompaniamencie czosnkowego bądź maślanego chleba naan.  Na koniec bardzo słodka herbata masala z mlekiem bądź słodkie lassi (pyyyycha!), a na odświeżenie oddechu nasiona kopru włoskiego.




Slalom z przeszkodami

Pokaż Mapa naszej podróży do Indii na większej mapie


Będąc w Indiach przejechaliśmy prawie 1300km... jak na tak wielki kraj niby niewiele, a jednak!

Jazda po indyjskich drogach to iście ekstremalna przeprawa dla przeciętnego Europeyjczyka (nawet jeżeli sam nie prowadzi samochodu). Ciężarówki, samochody osobowe, skutery, tuc tuc'i, riksze rowerowe, piesi, krowy, słonie, wielbłądy, psy, świnie, małpy... uff to chyba wszyscy uczestnicy ruchu drogowego, pozbawionego wszelkich reguł. Nietrzymanie się linii, nieużywanie kierunkowskazów, nieużywanie lusterek bocznych, brak ograniczenia prędkości i ogólne poirytowanie, że trzeba się zatrzymać na czerwonym świetle to zjawiska dnia codziennego. No i oczywiście używanie klaksonu przy każdym manewrze - w skrócie HAŁAS i CHAOS!

Pustynny Jaipur

Stolica Rajastanu, Jaipur to nasz ostatni przystanek w podróży. Po drodze zatrzymaliśmy sie w Fatehpur Sikri (architektoniczne pozostałości po stolicy Wielkich Mogołów).



Wielki Taj

Do Agry dojechaliśmy wczesnym popołudniem. Zaraz po lunchu udaliśmy się do Agra Fort, z którego rozpościera się przepiękny widok na Taj Mahal.



Mussoorie - Hello Sir! How are you?

Droga do Mussoorie to niekończące się serpentyny dróg, ciągnące się przez Himalaje Małe. Przejechanie 75 km zajęło nam przeszło 3 godziny. Uttarakhand to Indie bardziej nowoczesne, zamożniejsze, z pięknymi willami i nowoczesnymi osiedlami. Po drodze zatrzymaliśmy się przy czerwonej świątyni Shiwy, w której to zakupiliśmy kadzidła i lampkę oliwną.

Coś dla ducha

Rishikesh jest całkowicie inny niż Haridwar, pełny turystów z Europy, Ameryki Północnej, ogólnie rzecz ujmując: białych twarzy. Tak jak w Haridwarze stanowiliśmy atrakcję turystyczną, tak w Rishikeshu niewiele osób zwracało na nas uwagę. Miasto zyskało swą sławę w latach 60tych dzięki The Beatles, którzy przybyli tu w celu spotkania się z joginem Maharishi. Obecnie pełne jest zachodnich turystów szukających duchowego oświecenia i całej infrastruktury spełniającej ich oczekiwania czyli świątyń, ashramów, szkół jogi, bab i sadhu (świętobliwi mężowie). 

Haridwar, miasto świętej rzeki

Wczoraj o godzinie 7-ej rano wyjechaliśmy z Delhi do Haridwaru. Do pokonania mieliśmy 208 kilometrów, co zajęło nam 6 godzin. Podróż była inna niż wszystkie, które dotychczas było nam dane przebyć. Wśród ogłuszającego i nieustannego dźwięku klaksonów, ogromu przystrojonych ciężarówek, motocyklistów, rowerzystów i pieszych nasz kierowca uskuteczniał istny slalom wymijając każdą napotkaną przeszkodę (czyt. innych uczestników ruchu drogowego). Indie, które mogliśmy zobaczyć to jedno niekończące się miasto z przydrożnymi warsztatami, sklepami z owocami i małymi jadłodajniami w towarystwie suszących się na słońcu krowich placków na opał, samych krów i bawołów, psów, świń, koni i nie wiem czego jeszcze... Haridwar to miasto pełne pielgrzymów z całych Indii z niezliczoną ilością świątyń, które z zewnątrz wyglądają znacznie ciekawiej niż wewnątrz. Podobno to w Haridwarze Ganges wpływa na niziny kończąc swój górski bieg.


Targowanie przy kaszmirskiej herbacie

Z samego rana wyruszyliśmy do Qutub Minar - wieży Zwycięstwa zbudowanej z piaskowca (1193 - 1368) i okalających ją budynków.



Pierwszy dzień w Delhi

Pech nas nie opuszczał po przylocie do Delhi. Na bagaż czekaliśmy całe wieki (nasz był jeden z ostatnich), a potem następna godzina czekania na osobę, która miała nas odebrać z lotniska. Do hotelu dotarliśmy po godzinie 7.00 rano. Tuż po lunchu wyruszyliśmy na podbój stolicy Indii: India Gate, Parlament, Nehru Memorial Museum i Laxmi Narayan Temple. Pod wieczór udaliśmy się na pokaz światło i dźwięk w Red Fort, którego zdecydowanie nie polecamy! Delhi to jeden wielki komunikacyjny chaos, pozbawiony wszelkich reguł. Linie na ulicy są zupełnie niepotrzebne bo i tak nikt się nie trzyma wyznaczonego pasa, kierunkowskazy mogą nie istnieć tak samo jak lusterka boczne, a wszechobecny dźwięk klaksonu ogłusza z każdej strony. Zadziwiające jest to, że ruch mimo wszystko jest płynny. Ulicami przemierzają stada bezdomnych psów, czasami trafi się małpa a nawet dzika świnia grzebiąca w śmieciach. Niestety do tej pory nie udało nam się zobaczyć ani jednej świętej krowy.  Mieszkańcy Delhi są bardzo prz…

Dobrego złe początki?!?!?!

Po gorączkowych przygotowaniach położyliśmy się spać dobrze po 23.00. Persptektywa niecałych 4 godzin snu nie pomogła nam w zaśnięciu. Kiedy w końcu sen nas dopadł, budzik bezlitośnie poderwał nas na równe nogi - 3.00 rano! Jesteśmy na lotnisku. Odprawiamy się. Pierwsza strata to płyn do czyszczenia optyki - 120ml w bagażu podręcznym (kogo? Daniela oczywiście)  i duct tape (słyszeliście, że nie można mieć w podręcznym duct tape?!). Jak się okazało to był zaledwie wstęp do tego co miało nastąpić. Lot delikatnie się opóźniał, część ludzi weszła już na pokład, gdy niespodziewanie przestano wpuszczać resztę pasażerów. Czekaliśmy, czekaliśmy jeszcze, czekaliśmy dłużej... cisza, nikt nic nie wie. Po godzinie czekania usłyszeliśmy, że nigdzie tym samolotem nie polecimy. Do tej pory nie wiemy dlaczego? Musieliśmy odebrać bagaże i przebukować nasz lot na najbliższy dostępny. Teraz siedzimy w Starbucks na lotnisku w Dublinie, emocje powoli opadają... mamy 4 godziny cudownego snu w plecy!

Indie ekspresowo!

Już w tą sobotę, 10ego marca wyruszamy w naszą ekspresowo-intensywną podróż po Indiach. Na przekór tym, którzy z pobłażliwym uśmiechem mówili nam, że niewiele zobaczymy przez 2 tygodnie, poniżej nasz plan. 

Oczywiście wiedząc co nieco o Indiach wiemy, że niczego nie możemy z góry zaplanować i liczymy się z możliwymi zmianami powyższego planu. Dlaczego Indie? A dlaczego nie? Do tej wyprawy skusiła nas super oferta biletów lotniczych. A że oboje pracujemy z Hindusami, skutecznie zostaliśmy zachęceni do ich zakupienia. Swoją drogą dziwne, że sami Hindusi nie mówili nam, że tak krótki wyjazd zupenie nie ma sensu...? Z góry uprzedzamy, że nie będzie to ekstremalno-backpakerska podróż, tylko wyprawa dwójki turystów kanapowych w miejsca typowo turystyczne.  Jeszcze nie wiemy czy będziemy pisać na bieżąco czy też opiszemy wszystko po powrocie. Niemniej jednak zachęcamy do zaglądania na naszego bloga.

17/09 W mieście Picassa

Malaga bez wątpienia okazała się być jedną z wielu niespodzianek naszego wyjazdu. Barwne, wąskie uliczki i zaułki uwiodły nas swoim klimatem, więc schowaliśmy mapę do plecaka i daliśmy się ponieść prosto przed siebie...


16/09 W wielkim wąwozie

To był już przedostatni dzień naszych wakacji i ostatni zmotoryzowany. Garganta del Chorro i Camino del Rey mieliśmy zobaczyć po drodze z Rondy do Granady, ale niestety przeceniliśmy wtedy nasze siły. W związku z tym, że z Malagi do tego wielkiego wąwozu dzieliło nas zaledwie 60km postanowiliśmy nadrobić zaleglości.  Droga była bardzo kręta i wąska (czasami ledwie mijały się 2 samochody) ale za to niezwykle malownicza. 

15/09 Na balkonie Europy

Po opuszczeniu niewątpliwie najnudniejszego miasta jakie odwiedziliśmy, Almería udaliśmy się w kieruku ostatniego przystanku naszej podróży, jakim była Malaga. Jechaliśmy drogą, która wiła się wzdłuż morskiego nabrzeża  oraz wśród wszechobecnych plantacji pomidorów i tuneli foliowych.  Po drodze oczywiście postanowiliśmy zatrzymać się tu i ówdzie, żeby całego dnia nie spędzić w samochodzie. O Nerja przeczytałam na blogu Ani Andaluzja. Podróż w głąb codzienności i tak się zakochałam w pierwszym zdjęciu, że musieliśmy tam zajechać. Po przyjeździe pierwsze kroki skierowaliśmy do przydrożnej restauracji, gdzie czekając na zamówioną rybkę przygłądaliśmy się okolicy, która chwilami sprawiała wrażenie kolonii angielskiej (większość widzianej populacji stanowili skacowani wyspiarze). Skalisty cypel, wzdłuż którego biegnie promenada miasta, zwany jest El Balcón de Europa (Balkon Europy), z którego rozciąga się przepiękny widok na Costa del Sol. 


14/09 Dziki Zachód... Sierra Nevada

Po wyjechaniu z Granady skierowaliśmy się do następnego punktu naszej podróży - miasta Alemría przez góry Sierra Nevada.
Niejednokrotnie mogliśmy podziwiać górskie krajobrazy z dachu hop-on hop-off w Granadzie.
Na trasę przejazdu wybraliśmy drogę A337 przecinającą cały masyw górski w poprzek a następnie A348 biegnąca wzdłuż gór. Krajobraz z każdą minutą robił się coraz bardziej opustoszały i pustynny, a góry rosły i rosły aż ujrzeliśmy śnieg na ich szczytach. Podjazd zaczął sie bardzo niewinnie, lecz z każdym kilometrem droga stawała się coraz węższa, a za każdym zakrętem wzniesienie coraz bardziej strome. Przepiękne widoki, cisza i ogólny spokój zapierają dech w piersi, a każde wypowiedziane na głos słowo wprowadza tylko niepotrzebny chaos. Warto zatrzymać się w jednym z małych miasteczek na kawę, świeży sok z niezwykle słodkich pomarańczy i tapas, zasiąść na tarasie widokowym i najzwyczajniej w świecie nasycić się widokami i otaczającą atmosferą.