Przejdź do głównej zawartości

13/09 Zachód słońca nad Alhambrą

Kolejny dzień zaczęliśmy od wspaniałego śniadania tuż przy Katedrze, gdzie opracowywaliśmy plan na najbliższe godziny w Granadzie.

Pierwszą atrackją turystyczną do odwiedzenia była miejscowa korrida. Kiedy weszlismy na arenę jasny, ceglany, piach raził w oczy i mocno kontrastował z czerwonymi barierkami oraz błękitnym niebem. Te mocne, jaskrawe barwy, cisza i świadomość tego co się dzieje w tym miejscu zrobiły na nas duże wrażenie. Na czerwonych barierach widać głębokie zarysowania od rogów byków, a na ścianach zaschniętą krew...











Następnym celem był powrót do Alhambry, by kontynuować zwiedzanie z dnia poprzedniego. Wskoczyliśmy do jakże znajomego już nam autobusu, hop on hop off i po mozolnym przebijaniu się przez zakorkowane ulice miasta (Granada to najbardziej zakorkowane miasto jakie odwiedziliśmy podczas naszej podróży)  po raz kolejny znaleźliśmy się w kojącym chłodzie wysokich cyprysów rosnących w ogrodach Generalife.

Zwiedzanie zaczęliśmy od Muzeum znajdującym się w Pałacu Karola V tuż przy Pałacu Nasrydów. Potem kontynuowaliśmy zwiedzanie Alcazaby. Widok z wieży rozciąga się na całe miasto oraz na majaczące w oddali góry Sierra Nevada - jest to niewątpliwie wspaniały widok.
















































O Mirador de San Nicolas przeczytałam po raz pierwszy tutaj. Będąc więc w Granadzie nie mogliśmy odpuścić sobie zachodu słońca nad Alhambrą. Mimo wczesnej pory było już tam sporo turystów a my wygłodniali postanowiliśmy skusić się na andaluzjskie tapas. Tym razem najciekawszą potrawą okazały się ślimaki, którymi wszyscy zajadaliśmy się ze smakiem (po raz pierwszy!).




Udało nam się zająć najlepsze miejsce w 'pierwszym rzędzie', na samym murku Mirador de San Nicolas by móc obejrzeć film nakręcony przez historię i Matkę Naturę - czyli słynny (podobno najpiękniejszy) zachód słońca nad Alhambrą. Artyści ulicznii przygrywali na gitarach flamenco. Zbierało się coraz więcej ludzi, a zamek zaczęły oświetlać reflektory, które dodawały mu jeszcze większego uroku.

























Sama dzielnica Albaicin zachwyciła nas wąskimi uliczkami, pięknymi carmenes (willami z mauretańskimi dekoracjami i ogrodami), odgłosami z nich dobiegającymi, zapachami kolacji i wszechobecną muzyką - co tworzyło niesamowity nastrój. Całkiem przypadkiem znaleźliśmy niewielki klub flamenco gdzie za 6 euro w chłodnej białej piwnicy można było posłuchać lokalnych artystów. Wspaniały śpiew i muzyka połączona z ognistym tańcem urzekły publiczność stłoczoną w malutkiej piwniczce. Wszyscy porwani zostali przez energetyczną muzykę i wybijac rytm dłońmi wraz z artystami uczestniczyli w przedstawieniu.

































Tak zakończył się nasz ostatni dzień w Granadzie. Zdecydowanie warto tam pojechać dla zobaczenia wspaniałej Alhambry i przepięknych, klimatycznych uliczkek starej Albaicin. Napewno tam wrócimy by tym razem zgubić sie na dobre i dokładnie poznać to urokliwe miasto.
Następnego ranka udało nam się wyjechać z naszego mini garażu by wyruszyć w kierunku gór Sierra Nevada. Spodziewaliśmy sie emocji podczas tej podróży ale nie spodziewaliśmy się, że będą one aż tak mrożące krew w żyłach - o czym wkrótce opowiemy...

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

08/09 Pierwsze spotkanie z Afryką... na wyciągnięcie ręki

Plaża w Conil de la Frontera to jedna z piękniejszych piaszczystych plaż w Andaluzji. Szeroka, rozległa, czysta, nieprzeludniona... Postanowiliśmy na niej odpocząć i zażyć upragnionej kąpieli słonecznej w drodze do Algeciras. Woda była nieco chłodniejsza niz w Kadyksie, lecz wspaniałe fale wszystko zrekompensowały (zabawa była przednia). Samo miasteczko wydaje się być ładne (pueblo blanco), niestety nie mieliśmy czasu na zwiedzanie gdyż po drodze planowaliśmy odwiedzić jeszcze Tarifę.

Ach... leniem być!

Nasza wyprawa do Chin nie była w założeniu wyprawą ekstremalną, nie planowaliśmy przez całe 4 tygodnie przemierzać rozmaite trasy wysokogórskie ani też spędzić tego czasu wyłącznie w wielkich aglomeracjach miejskich. Mówcie co chcecie, ale przemieszczanie się z jednego miasta do drugiego co parę dni bywa męczące, a nadmiar wrażeń trochę przytłaczający. Na ten wyjazd czekaliśmy praktycznie cały rok i od samego początku wiedzieliśmy, że bedziemy chcieli spędzić jeden tydzień na robieniu NIC. Wybór padł na wyspę Hainan położoną na Morzu Południowochińskim, zwaną przez niektórych chińskimi Hawajami. Tropikalny klimat, temperatury między 25 a 30 stopni Celsjusza, woda, plaża - tego właśnie było nam trzeba.  Aby dostać się do Sanya (miasta na południu wyspy) z Zhangjiajie najpierw czekała nas 13-sto godzinna podróż pociągiem (na szczęście w nocy) a potem 1,5 godzinny lot. Oczywiście po opuszczeniu lotniska trzeba uważać na naciągaczy, którzy bardzo chętnie nas zawiozą do centrum za cenę 2x w…

Pierwsze koty za płoty

Słoneczny stan USA, słynący z parków rozrywki, pięknych plaż i aligatorów. Dom Myszki Miki, manatów i kubańskich imigrantów. Miejsce gdzie w 1946 roku wymyślono mrożony, skoncentrowany sok pomarańczowy. Jeden z najbardziej siwych stanów w całej Ameryce, gdzie 19.1% populacji to osoby w wieku 65 lat i starsze. Floryda, to tutaj zaczęliśmy naszą wymarzoną podróż po Stanach Zjednoczonych. Dlaczego akurat tutaj? Powód był bardzo prozaiczny. Nasz strat był mocno zdeterminowany przez zakup kampera, a po lekturze przeróżnych blogów podróżniczych i for internetowych, rozpatrując wszystkie za i przeciw, okazało się, że na Florydzie powinno pójść nam całkiem gładko ze wszelkimi formalnościami rejestracyjnymi i ubezpieczeniowymi (o tym jak nam poszło pisałam już w dwóch poprzednich postach TUTAJ i TUTAJ).