Przejdź do głównej zawartości

11/09 Ronda i mosty :)

Nasz cel: Granada!!!
Oryginalny plan zakładał odwiedzenie Rondy i okolicznych białych miasteczek: Grazalema, Montejaque ale poprzestaliśmy tylko na Rondzie w drodze do samej Granady.

Z Algeciras wyjechaliśmy nieco później niż zakładaliśmy. Wstępnie chcieliśmy wyruszyć o świcie by dojechać do Rondy już na godzinę 8.00 rano, by tam zjeść śniadanie i spędzić trochę czasu. Niestety, jak to zwykle bywa, życie zweryfikowało nasz plan i ostatecznie wyjechaliśmy w granicach godziny 10.00 rano.
Na trasę naszego przejazdu wybraliśmy drogę A397 - nie bez powodu tym razem podaję numer... Jeżeli ktoś z Was jest miłośnikiem mocnych wrażeń, lubi kręte trasy gdzie można poszaleć na motorze to jest to droga dla Was :) Wąska, z bardzo dobrą nawierzchnią, wijąca się wśród gór Cordillera Penibética i dolin, robi naprawdę olbrzymie wrażenie, a widok na Morze Śródziemne i Costa del Sol dopełnia całości. Andaluzyjski krajobraz zmieniał się z każdym kilometrem oddalającym nas od wybrzeża. Z pięknej zielonej krainy w nieco bardziej skalisty, a nawet pustynny i górzysty teren.















Ronda znalazła się w naszym planie podróży za przyczyną bloga 'Przwodnik po połowie Andaluzji'. Zachęceni zdjęciami i całą relacją nie mieliśmy wątpliwości, że chcemy tam pojechać.
Tuż po wjechaniu do miasta skierowaliśmy się w kierunku centrum i zostawiliśmy samochód na pierwszym napotkanym parkingu podziemnym. Następnie udaliśmy się prosto do zabytkowej części Rondy, gdzie znaleźliśmy uroczą restaurację tuż na przeciw sławnej areny korridy na Plaza de Torros. Korrida w Rondzie otwarta w 1785 roku słynie z klasycznego, bardziej surowego stylu walki niż korrida sewilska. Podobno każdy matador marzy o tym by tutaj stoczyć walkę z bykiem.



Siedliśmy i zamówiliśmy po raz kolejny jeden z naszych ulubionych hiszpańskich przysmaków czyli paellę.


Po zasłużonym posiłku udaliśmy się w stronę słynnego mostu Puente Nuevo. Smukłe łuki, wysokie kolumny, 100-metrowa rozpiętość i olbrzymi wąwóz robią niesamowite wrażenie. Domy, jakby wyrastające na obrzeżach wąwozu wydawały się niezwykle bajkowe, wzbudzały ciekawość, zazdrość i zachwyt. Widok z okna o poranku, bądź zachodzie słońca musi być niesamowity.












Sama Ronda  to podobno najefektowniej położone miasto w Hiszpanii. Ze wzlgedu na swoją niedostępność było jednym z ostatnich miast arabskich zdobytych przez chrześcijan. Żeby lepiej poczuć ogrom wąwozu postanowiliśmy zejść na samo jego dno przez ogrody Casa del Rey Moro do kopalni wodnej La Mina, w której głąb schodzi się krętymi schodami (podobno 365 ich tam jest). Na samym dnie znajduje się jakby balkon zawieszony nad taflą wody, gdzie można nacieszyć się widokami, chłodem i spokojem (jeżeli nie ma zbyt wielu turystów).




Po wyjściu z kopalni znaleźlismy się chyba w najbardziej urokliwej części Rondy, z przepięknymi uliczkami, urokliwymi nieco zaniedbanymi budynkami i sklepami z pamiątkami. Wyroby z porcelany, dzbanki na oliwę, półmiski, salaterki mieniły się wszystkimi kolorami tęczy; wyroby skórzane, piękne szale ... nic tylko kupować :)











Następnie udaliśmy się na punkt widokowy Jardines de Cuenca, gdzie jeszcze raz mogliśmy się przyjrzeć Puente Nuevo. Po drodze uraczyliśmy się świeżymi, zerwanymi prosto z drzewa migdałami i figami.



Widok, który czekał nas na miejscu wynagrodził nam trudy ponownego schodzenia w dół wąwozu. Połączenie przepięknej architektury, wody, zieleni, przestrzeni, smaku migdałów i fig pozostawi niezatarte wrażenia na długo.





Ronda okazała się być miastem, które koniecznie trzeba zobaczyć podczas pobytu w Andaluzji. Na poparcie tej tezy poniżej umieszczam jeszcze kilka zdjęć...










Tak opuściliśmy Rondę i udaliśmy się w kierunku Granady. Udało nam się dojechać przed zmrokiem. Szybko odnaleźliśmy nasz hostel z czego byliśmy niezmiernie zadowoleni. Do parkingu prowadziła bardzo wąska, jednokierunkowa uliczka, na sam parking trzeba było wjechać wąską bramą gdzie należało stanąć samochodem w wąskiej windzie, zjechać na dół i finalnie zaparkować na ekstremalnie wąskim miejscu parkingowym. Cała akcja wymagała nie lada akrobacji (dzięki Bogu za wspomaganie kierownicy!).

Krótkim wieczornym spacerem w okolicach Katedry, przepysznym tapas i butelką różowego wina zakończyliśmy ten pełen wrażeń dzień.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

08/09 Pierwsze spotkanie z Afryką... na wyciągnięcie ręki

Plaża w Conil de la Frontera to jedna z piękniejszych piaszczystych plaż w Andaluzji. Szeroka, rozległa, czysta, nieprzeludniona... Postanowiliśmy na niej odpocząć i zażyć upragnionej kąpieli słonecznej w drodze do Algeciras. Woda była nieco chłodniejsza niz w Kadyksie, lecz wspaniałe fale wszystko zrekompensowały (zabawa była przednia). Samo miasteczko wydaje się być ładne (pueblo blanco), niestety nie mieliśmy czasu na zwiedzanie gdyż po drodze planowaliśmy odwiedzić jeszcze Tarifę.

Ach... leniem być!

Nasza wyprawa do Chin nie była w założeniu wyprawą ekstremalną, nie planowaliśmy przez całe 4 tygodnie przemierzać rozmaite trasy wysokogórskie ani też spędzić tego czasu wyłącznie w wielkich aglomeracjach miejskich. Mówcie co chcecie, ale przemieszczanie się z jednego miasta do drugiego co parę dni bywa męczące, a nadmiar wrażeń trochę przytłaczający. Na ten wyjazd czekaliśmy praktycznie cały rok i od samego początku wiedzieliśmy, że bedziemy chcieli spędzić jeden tydzień na robieniu NIC. Wybór padł na wyspę Hainan położoną na Morzu Południowochińskim, zwaną przez niektórych chińskimi Hawajami. Tropikalny klimat, temperatury między 25 a 30 stopni Celsjusza, woda, plaża - tego właśnie było nam trzeba.  Aby dostać się do Sanya (miasta na południu wyspy) z Zhangjiajie najpierw czekała nas 13-sto godzinna podróż pociągiem (na szczęście w nocy) a potem 1,5 godzinny lot. Oczywiście po opuszczeniu lotniska trzeba uważać na naciągaczy, którzy bardzo chętnie nas zawiozą do centrum za cenę 2x w…

Pierwsze koty za płoty

Słoneczny stan USA, słynący z parków rozrywki, pięknych plaż i aligatorów. Dom Myszki Miki, manatów i kubańskich imigrantów. Miejsce gdzie w 1946 roku wymyślono mrożony, skoncentrowany sok pomarańczowy. Jeden z najbardziej siwych stanów w całej Ameryce, gdzie 19.1% populacji to osoby w wieku 65 lat i starsze. Floryda, to tutaj zaczęliśmy naszą wymarzoną podróż po Stanach Zjednoczonych. Dlaczego akurat tutaj? Powód był bardzo prozaiczny. Nasz strat był mocno zdeterminowany przez zakup kampera, a po lekturze przeróżnych blogów podróżniczych i for internetowych, rozpatrując wszystkie za i przeciw, okazało się, że na Florydzie powinno pójść nam całkiem gładko ze wszelkimi formalnościami rejestracyjnymi i ubezpieczeniowymi (o tym jak nam poszło pisałam już w dwóch poprzednich postach TUTAJ i TUTAJ).