Przejdź do głównej zawartości

10/09 Biało-czerwoni... Polska? Nie, Gibraltar!

Tak wschodziło słońce nad Gibraltarem - tego dnia, naszym głównym i jedynym celem :) (to widok z naszego pokoju, o którym już wcześniej wspomniałam tutaj). 

Gibraltar to jedna z najbardziej wyczekiwanych atrakcji podczas naszej podróży. Niedość, że kawałek brytyjskiego terytorium znajduje się na ziemi hiszpańskiej, rzec możnaby kawałek ryby z frytkami wciśnięte w sam środek paelli, to jeszcze do tego małpy, kolejka górska i lotnisko tuż za przejściem granicznym,  przez które trzeba przejść pomiędzy lądowaniami samalotów, by się dostać do miasta oraz na koniec niesamowita jaskinia, w której żyli ostatni neandertalczycy. 

Granicę postanowiliśmy przekroczyć pieszo i za radą Ani - autorki bloga o Andaluzji, samochód zaparkować po stronie hiszpańskiej w La Linea (więcej tutaj), co pozwoliło nam zaoszczędzić czas i nerwy bo nie musieliśmy stać w sporym korku. 
W planach mieliśmy wjazd kolejką górską na gibraltarską skałę oraz wycieczkę statkiem w celu poszukiwania delfinów :) Bilety na te wszystkie atrakcje można kupić tuż przed przejściem granicznym, jeszcze po stronie hiszpańskiej. Niestety okazało się, że tego dnia wyprawa statkiem jest niemożliwa więc zakupiliśmy bilet na kolejkę razem z wejściówką do jaskini Św. Michała. W cenie €24,50 wliczony był również transport publiczny.
Na samej granicy brytyjscy celnicy nie bardzo zaprzątają sobie głowy dokładnym sprawdzaniem dokumentów tożsamości więc cała 'kontrola' przebiega niezmiernie sprawnie. Przejście przez pas startowy lotniska było dla nas dziwacznym przeżyciem, szkoda tylko, że nie było nam dane zobaczyć z bliska jak startuje samolot.



Gdy znaleźliśmy się w samym mieście myśleliśmy, że zamieszkują je Polacy. Ilość biało-czerwonych flag zaskoczyła nas całkowicie. Dopiero później okazało się, że odwiedziliśmy Gibraltar w dniu święta narodowego. W 1967 roku, właśnie 10ego września przeprowadzono tutaj referendum, w którym mieszkańcy mogli wypowiedzieć się za pozostaniem Gibraltaru jako terytorium przynależnym do Wielkiej Brytanii. A, że był to pierwszy akt  samostanowienia ludności Gibraltaru, od tego czasu 10 września jest obchodzony jako święto narodowe.
Prócz wszędzie wywieszonych flag Gibraltaru i Wielkiej Brytanii z każdej strony otaczali nas mieszkańcy poubierani na biało-czerwono (nawet zwierzaki były przystrojone w narodowe kolory). Wszyscy świętowali National Day of Gibraltar. Gdzieś w oddali słychać było koncert oraz paradę orkiestry dętej. Wszyscy szykowali się do wielkiej imprezy.











Wjazd w nieco zatłoczonym wagoniku kolejki górskiej zajął około 6 minut. Na górę można równiez wjechać taksówką (tuż przed wejściem na kolejkę naganiacze próbują zniechęcić do samodzielnego zwiedzania skały, przekonując, że jest to cięzki trekking w 40sto stopniowym upale). Wysiedliśmy na górnym punkcie widokowym (środkowy był nieczynny), gdzie od razu rzuciły nam się w oczy znaki ostrzegawcze przed zamieszkującymi skałę małpami (magotami) i informacją o obłędnie wysokim mandacie £500 za karmienie zwierzaków.


Z samej góry rozciąga się piękny widok na wszystkie 4 strony świata. Doskonale widać port jachtowy, wąskie uliczki miasta oraz majaczące w oddali góry Afryki.






W pewnym momencie udało nam się wypatrzyć samolot, który właśnie startował z pasa lotniczego.




Chwilę potem ujrzeliśmy wielką chmurę biało-czerwonych balonów. Był to znak, że uroczystości w mieście własnie się rozpoczęły. Balonowa chmura spektakularnie przeleciała, niesiona wiatrem, tuż nad urwiskiem gibraltarskim.




Same magoty, kiedy już je zobaczyliśmy, okazały się być całkowicie niezainteresowane turystami. Napasione, ospałe i nieco znudzone przyglądały się tłumowi turystów niczym turyści stadu małp :) Siedziały na barierkach, tuż nad przepaścią i chętnie pozowały do zdjęć.














Po nasyceniu się pięknymi widokami i uroczymi magotami ruszyliśmy w stronę jaskini Św. Michała. Kiedy weszliśmy do ciemnego wnętrza poczuliśmy chłód i natychmiastową ulgę od gorąca panującego na zewnątrz. Wielka, otwarta przestrzeń podświetlona wielokolorowymi światłami pełna była stalagmitów i stalaktytów oraz połączonych kolumn. Zdjęcia niestety nie są w stanie oddać monumentalności i piękna tej jaskini. Krążymy po wąskich korytarzach przechodząc z jednej do drugiej komory myśląc o tym, że w tym pięknym miejscu żyli kiedyś ludzie neandertalscy i pewnie w jednej z tych jaskiń dokonał żywota ostatni przedstawiciel tego gatunku? Smutny los ale jakże piękny grobowiec... Natomiast podczas II wojny światowej mieścił się tutaj szpital wojskowy.






Kiedy weszliśmy do sali koncertowej byliśmy zadziwieni jej ogromem i przestrzenią. Z drugiej strony jednak mieliśmy mieszane uczucia odnośnie dosyć barbarzyńskiego potraktowania tego cudu natury. Wylewka betonowa i czerwone plastikowe krzesła nie pasują zbytnio do tej pięknej jaskini.



Niestety nie starczyło nam sił na tunele oblężnicze i działa armatnie więc mamy powód by jeszcze tam wrocić :)

Tego dnia udało nam się trochę pobłądzić po tamtejszych wąskich uliczkach. Na tym małym, uroczym skrawku terytorium brytyjskiego, ponoć najbardziej zaludnionego w na świecie, zawsze się idzie pod górke albo z górki (prawie jak w Lizbonie lub Granadzie). Nawet pomyślałam, że mogłabym tutaj zamieszkać...







Kiedy już z powrotem znaleźliśmy się na Main Street postanowiliśmy coś przekąsić. Nie było żadnych wątpliwości, że będzie to tradycyjne fish and chips zapijane piwem / Sangritą. Wybór padł na typowy angielski pub, gdzie  klienci oglądali mecz rugby i wiadomości BBC. Nasze porcje okazały się być przeogromne. Ledwie co udało nam się zjeść panierowane filety rybne z pysznymi frytkami :)


Po zasłużonym odpoczynku skierowaliśmy się w jedynie słusznym kierunku - na plażę (The Eastern Beach). Plaża znajdowała się tuż u podnóża prawie pionowej gibraltarskiej skały. 


Przysłaniała ona część plaży nadając jej dość specyficzny charakter. Miejsce okazało się być pełne grillujących Anglików spedzających w ten sposób wolny dzień. Mnóstwo śmieci, niedopałków i papierków oraz mętna i zimna woda nie zachęcały do kąpieli. Krzyk dzieci, dym i zapach grillowanego mięsiwa niezbyt nam się spodobały, ale postanowiliśmy jednak poplażować odrobinę. Okazało się, że po raz pierwszy podczas naszej podróży będziemy musieli zapłacić za prysznic na plazy! (£0,50 lub o zgrozo €1 - w Hiszpanii prysznice znajdują się na każdej plaży i są darmowe). To natychmiast przypomniało nam że znajdujemy sie w UK, tu zawsze i za wszystko trzeba płacić. 
Kiedy słońce chyliło się już ku zachodowi, my po raz drugi tego dnia przekraczaliśmy pas lotniska. Tak zakończył się nasz krótki, ale bardzo ciekawy pobyt na terytorium Wielkiej Brytanii w Hiszpanii. Miejsce warte zobaczenia ale bez rewelacji.

Komentarze

  1. Bardzo spodobał mi się Gibraltar, świetnie wypadł na Waszych zdjęciach :)

    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy :) Miejsce z pewnością warte zobaczenia.

      Usuń

Prześlij komentarz

Podobał Ci się ten wpis? Masz coś do dodania bądź chcesz o coś zapytać? Będzie nam bardzo miło, jeśli zostawisz swój komentarz :)

Popularne posty z tego bloga

08/09 Pierwsze spotkanie z Afryką... na wyciągnięcie ręki

Plaża w Conil de la Frontera to jedna z piękniejszych piaszczystych plaż w Andaluzji. Szeroka, rozległa, czysta, nieprzeludniona... Postanowiliśmy na niej odpocząć i zażyć upragnionej kąpieli słonecznej w drodze do Algeciras. Woda była nieco chłodniejsza niz w Kadyksie, lecz wspaniałe fale wszystko zrekompensowały (zabawa była przednia). Samo miasteczko wydaje się być ładne (pueblo blanco), niestety nie mieliśmy czasu na zwiedzanie gdyż po drodze planowaliśmy odwiedzić jeszcze Tarifę.

Ach... leniem być!

Nasza wyprawa do Chin nie była w założeniu wyprawą ekstremalną, nie planowaliśmy przez całe 4 tygodnie przemierzać rozmaite trasy wysokogórskie ani też spędzić tego czasu wyłącznie w wielkich aglomeracjach miejskich. Mówcie co chcecie, ale przemieszczanie się z jednego miasta do drugiego co parę dni bywa męczące, a nadmiar wrażeń trochę przytłaczający. Na ten wyjazd czekaliśmy praktycznie cały rok i od samego początku wiedzieliśmy, że bedziemy chcieli spędzić jeden tydzień na robieniu NIC. Wybór padł na wyspę Hainan położoną na Morzu Południowochińskim, zwaną przez niektórych chińskimi Hawajami. Tropikalny klimat, temperatury między 25 a 30 stopni Celsjusza, woda, plaża - tego właśnie było nam trzeba.  Aby dostać się do Sanya (miasta na południu wyspy) z Zhangjiajie najpierw czekała nas 13-sto godzinna podróż pociągiem (na szczęście w nocy) a potem 1,5 godzinny lot. Oczywiście po opuszczeniu lotniska trzeba uważać na naciągaczy, którzy bardzo chętnie nas zawiozą do centrum za cenę 2x w…

Pierwsze koty za płoty

Słoneczny stan USA, słynący z parków rozrywki, pięknych plaż i aligatorów. Dom Myszki Miki, manatów i kubańskich imigrantów. Miejsce gdzie w 1946 roku wymyślono mrożony, skoncentrowany sok pomarańczowy. Jeden z najbardziej siwych stanów w całej Ameryce, gdzie 19.1% populacji to osoby w wieku 65 lat i starsze. Floryda, to tutaj zaczęliśmy naszą wymarzoną podróż po Stanach Zjednoczonych. Dlaczego akurat tutaj? Powód był bardzo prozaiczny. Nasz strat był mocno zdeterminowany przez zakup kampera, a po lekturze przeróżnych blogów podróżniczych i for internetowych, rozpatrując wszystkie za i przeciw, okazało się, że na Florydzie powinno pójść nam całkiem gładko ze wszelkimi formalnościami rejestracyjnymi i ubezpieczeniowymi (o tym jak nam poszło pisałam już w dwóch poprzednich postach TUTAJ i TUTAJ).