Przejdź do głównej zawartości

04/09 W poszukiwaniu 'zaginionej' Triany

Tego dnia pierwszym puktem naszej wycieczki bylo Charco de la Pava (pchli targ). Targ niektórym z nas przypominał targ w Warce, a innym warszawski Stadion XX-lecia. Można tam zakupić wszystko czego dusza zapragnie: owoce, warzywa, używane buty, zdezelowany sprzęt audio-wideo, zabawki z lat 80-tych, drewniane rowery, stare aparaty fotograficzne, maszyny do szycia, rzeźby z kości słoniowej, szczeniaki, obrazy, stare piloty do telewizorów, etc..., czyli mydło i powidło w rzeczy samej. Ogrom samochodów, tłok, skwar, chaos...









Następnym naszym celem tego dnia był park rozrywki Isla Magica położony na wyspie Cartuja, który zajmuje część terenów przygotowanych pod Expo '92 - jednak cena wstępu (€29/os.) oraz ogrom krzyczących dzieci skutecznie zniechęciły nas do rollercoaster'owych szaleństw.
Postanowiliśmy więc udać się na spacer wzdłuż rzeki Gwadalkiwir w poszukiwaniu Triany - dzielnicy azulejos, cyganów i flamenco... Pomimo naszych najszczerszych chęci - jedyne co nam wyszło to odciski na stopach :) Brak kondycji i żar płynący z nieba spowodowały, że się poddaliśmy.
Po drodze mijaliśmy Park Nauki i Nowych Technologii, gdzie mogliśmy się przyjrzeć najciekawszym pawilonom Expo '92.






Zajrzeliśmy również do fabryki wyrobów ceramicznych




































A na koniec, zmęczni, obolali i zawiedzeni  udaliśmy sie na drugi brzeg rzeki w kierunku katedry.
Po lunchu (sałatka z tuńczykiem i vino blanco) postanowiliśmy zwiedzić Real Alcazar (Szpital Wielebnych Kapłanów położony w Barrio de Santa Cruz).





























































Niestety na samą katedrę zabrakło nam cieprliwości do stania w kolejce więc mamy powód aby wrócić do Sevilli :)












Komentarze

Popularne posty z tego bloga

08/09 Pierwsze spotkanie z Afryką... na wyciągnięcie ręki

Plaża w Conil de la Frontera to jedna z piękniejszych piaszczystych plaż w Andaluzji. Szeroka, rozległa, czysta, nieprzeludniona... Postanowiliśmy na niej odpocząć i zażyć upragnionej kąpieli słonecznej w drodze do Algeciras. Woda była nieco chłodniejsza niz w Kadyksie, lecz wspaniałe fale wszystko zrekompensowały (zabawa była przednia). Samo miasteczko wydaje się być ładne (pueblo blanco), niestety nie mieliśmy czasu na zwiedzanie gdyż po drodze planowaliśmy odwiedzić jeszcze Tarifę.

Koty, ślimaki i... Gaudi ;)

Niektórzy z Was zapewne mają tak zwane 'swoje miejsce na ziemi', gdzie mieszkacie lub gdzie wyjeżdżacie bardziej bądź mniej regularnie. Dla nas jest to Hiszpania, odwiedzana przynajmniej raz w roku. Nie zawsze to samo miasto, nie zawsze ten sam region, gdyż chęć poznania i odkrywania jest niezwykle silna i ekscytująca.

Tym razem postanowiliśmy odwiedzić Barcelonę. Co prawda czwarty raz, ale to miasto nigdy nam się nie nudzi. Bajkowa architektura Gaudiego, obłędne zapachy kuchni katalońskiej, plaża i sąsiadujące góry to coś czemu dajemy się uwieść za każdym razem. Bez planu, bez listy miejsc do zobaczenia - ot tak, czwarty raz, czterodniowy spacer ulicami stolicy Katalonii. Pogoda jak na listopad nam dopisała, temperatura oscylowała w granicach 20 stopni, niekiedy kropił deszcz, a czasami słońce dokazywało zza chmur. 

Pierwsze koty za płoty

Słoneczny stan USA, słynący z parków rozrywki, pięknych plaż i aligatorów. Dom Myszki Miki, manatów i kubańskich imigrantów. Miejsce gdzie w 1946 roku wymyślono mrożony, skoncentrowany sok pomarańczowy. Jeden z najbardziej siwych stanów w całej Ameryce, gdzie 19.1% populacji to osoby w wieku 65 lat i starsze. Floryda, to tutaj zaczęliśmy naszą wymarzoną podróż po Stanach Zjednoczonych. Dlaczego akurat tutaj? Powód był bardzo prozaiczny. Nasz strat był mocno zdeterminowany przez zakup kampera, a po lekturze przeróżnych blogów podróżniczych i for internetowych, rozpatrując wszystkie za i przeciw, okazało się, że na Florydzie powinno pójść nam całkiem gładko ze wszelkimi formalnościami rejestracyjnymi i ubezpieczeniowymi (o tym jak nam poszło pisałam już w dwóch poprzednich postach TUTAJ i TUTAJ).