Przejdź do głównej zawartości

03/09 Dzień '0'

Wylot do Sewilli naszymi 'ulubionymi i tanimi' liniami lotniczymi Ryanair nie odbył się bez niespodzianek. Podcza odprawy zostaliśmy uprzejmie poinformowani przez naszego rodaka, że nie mamy wykupionych głównych bagaży (sic!).... a co za tym idzie byliśmy zmuszeni do poniesienia nieplanowanych kosztów w kwocie €80 (€40 za bagaż). Chyba nie muszę pisać jak ów incydent wpłynął na nasze nastroje....

Do Sewilli dotarliśmy około godziny 18.00. Słońce...., chmur jak na lekarstwo, wiatr... jaki wiatr? Welcome to Analucia!!!! Zaczynamy nasz urlop :D

Do centrum z lotniska dotarliśmy autobusem linii EA (€2.40 za bilet). Do samego hotelu musieliśmy dojechać kolejnym, cudownie klimatyzowanym autobusem linii C4 (€1.30 za bilet) i tu pierwsze zderzenie z lokalnymi zwyczajami:


1) chcesz kupić bilet autobusowy - kupujesz go u kierowcy ale musisz mieć drobne - inaczej nie dostaniesz reszty.
2) No speak English - nawet nie próbuj pytać kierowcy autobusu o droge po angielsku bo Cię nie zrozumie (niestety mój hiszpański pozostawia sporo do życzenia, więc trzeba było się pogimnastykować).
3) Kierowca autobusu ma prawo do przerwy na papierosa tudzież na pogawędkę z innymi kierowcami kiedy mu przyjdzie na to ochota, więc uzbrój sie w cierpliwość bo nigdy nie wiesz, kiedy autobus, którym jedziesz, zatrzyma się na dłużej niż to konieczne, na którymś z przystanków.

Hotel Eurostars Regina znaleźliśmy bez większych problemów. Pokój mamy mały, przytulny z widokiem na patio hotelowe i fontannę.

Nasz pierwszy spacer po Sewilli.
Jak to na prawdziwych turystów przystało udaliśmy się w stronę centrum miasta, by zobaczyć sewilską katedrę i wieżę la Giralda.



Katedra pięknie oświetlona wieczorową porą, zrobiła na nas spore wrażenie. Tuz obok hiszpan grał pięknie na gitarze andaluzyjskie flamenco...



gdzieś w oddali Para Młoda przechadzała się w stronę Real Alcazar...



 a my wygłodniali błądziliśmy ulicami dzielnicy Santa Cruz w poszukiwaniu przytulnej restauracji. Każdy z nas tego wieczora skosztował morskich specjałów z większą bądź mniejszą ilością soli :D (w Casa Robles)...

Komentarze

  1. Czekam na kolejną relację z tego miejsca. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Uwielbiam takie nocne klimaty...Z tego co widzę, byliście wszędzie, gdzie ja jeszcze nie byłam, więc mam się w czym zaczytywać:)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Podobał Ci się ten wpis? Masz coś do dodania bądź chcesz o coś zapytać? Będzie nam bardzo miło, jeśli zostawisz swój komentarz :)

Popularne posty z tego bloga

08/09 Pierwsze spotkanie z Afryką... na wyciągnięcie ręki

Plaża w Conil de la Frontera to jedna z piękniejszych piaszczystych plaż w Andaluzji. Szeroka, rozległa, czysta, nieprzeludniona... Postanowiliśmy na niej odpocząć i zażyć upragnionej kąpieli słonecznej w drodze do Algeciras. Woda była nieco chłodniejsza niz w Kadyksie, lecz wspaniałe fale wszystko zrekompensowały (zabawa była przednia). Samo miasteczko wydaje się być ładne (pueblo blanco), niestety nie mieliśmy czasu na zwiedzanie gdyż po drodze planowaliśmy odwiedzić jeszcze Tarifę.

Ach... leniem być!

Nasza wyprawa do Chin nie była w założeniu wyprawą ekstremalną, nie planowaliśmy przez całe 4 tygodnie przemierzać rozmaite trasy wysokogórskie ani też spędzić tego czasu wyłącznie w wielkich aglomeracjach miejskich. Mówcie co chcecie, ale przemieszczanie się z jednego miasta do drugiego co parę dni bywa męczące, a nadmiar wrażeń trochę przytłaczający. Na ten wyjazd czekaliśmy praktycznie cały rok i od samego początku wiedzieliśmy, że bedziemy chcieli spędzić jeden tydzień na robieniu NIC. Wybór padł na wyspę Hainan położoną na Morzu Południowochińskim, zwaną przez niektórych chińskimi Hawajami. Tropikalny klimat, temperatury między 25 a 30 stopni Celsjusza, woda, plaża - tego właśnie było nam trzeba.  Aby dostać się do Sanya (miasta na południu wyspy) z Zhangjiajie najpierw czekała nas 13-sto godzinna podróż pociągiem (na szczęście w nocy) a potem 1,5 godzinny lot. Oczywiście po opuszczeniu lotniska trzeba uważać na naciągaczy, którzy bardzo chętnie nas zawiozą do centrum za cenę 2x w…

Pierwsze koty za płoty

Słoneczny stan USA, słynący z parków rozrywki, pięknych plaż i aligatorów. Dom Myszki Miki, manatów i kubańskich imigrantów. Miejsce gdzie w 1946 roku wymyślono mrożony, skoncentrowany sok pomarańczowy. Jeden z najbardziej siwych stanów w całej Ameryce, gdzie 19.1% populacji to osoby w wieku 65 lat i starsze. Floryda, to tutaj zaczęliśmy naszą wymarzoną podróż po Stanach Zjednoczonych. Dlaczego akurat tutaj? Powód był bardzo prozaiczny. Nasz strat był mocno zdeterminowany przez zakup kampera, a po lekturze przeróżnych blogów podróżniczych i for internetowych, rozpatrując wszystkie za i przeciw, okazało się, że na Florydzie powinno pójść nam całkiem gładko ze wszelkimi formalnościami rejestracyjnymi i ubezpieczeniowymi (o tym jak nam poszło pisałam już w dwóch poprzednich postach TUTAJ i TUTAJ).